Le Sel d’Issey – morze plastiku

Marka Issey Miyake nie często raczy swoim miłośników premierami nowych oryginalnych perfum. A mimo to zeszłoroczne pojawienie się na rynku Le Sel d’Issey zupełnie uszło mojej uwadze. Dopiero niedawno zauważyłem ten zapach na półce jednej z sieciowych perfumerii i zdecydowałem się na jego testy. Wydaje mi się jednak, że ogólnie debiut recenzowanego pachnidła przeszedł raczej bez echa. I to mimo, że za jego skomponowanie odpowiedzialny jest, popularny ostatnio dzięki zmieszaniu Bois Impérial, Quentin Bisch. W odróżnieniu od dzieła Essential Parfums nasz dzisiejszy bohater opisywany jest jako rewitalizujący oraz składający hołd soli życia. Przekonajmy się zatem po jakie nuty sięgnął w tym celu francuski perfumiarz.

     Początek Le Sel d’Issey wydał mi się bardzo znajomy. A w zasadzie mam wrażenie, że już wielokrotnie czułem podobny zapach. Otwarcie kompozycji jest wyraźnie morskie. Takie w stylu lat 90’ XX wieku. W głowie recenzowanych perfum Quentin Bisch umieścił bowiem nutę soli morskiej. Co prawda sól jako taka nie ma aromatu, chodzi jednak o pewne ogólne wrażenie, które sprawia, że dzieło Issey Miyake niemal natychmiastowo kojarzy nam się z wybrzeżem. W tym miejscu chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie jestem miłośnikiem tej rodziny perfum. A w Le Sel d’Issey akord morski dominuje nad wszystkimi innymi, spychając je nie na drugi, a wręcz na trzeci plan. Co prawda w otwarciu da się wyczuć nieco pikantniejszą woń imbiru, ale nie odgrywa tu ona istotniejszej roli. Co więcej, osobiście czuję tu jeszcze, charakterystyczny dla innych morskich perfum, a konkretnie Acqua di Giò Pour Homme, aromat zielonego ogórka. Którego naprawdę nie lubię. Z niecierpliwością czekałem więc aż głowa opisywanej kompozycji przeminie.

     Serce dzieła Issey Miyake spłatało mi pewnego figla. Jego morski charakter wcale bowiem nie przeminął. Przeciwnie, za sprawą deklarowanej na tym etapie nuty wodorostów przybrał jeszcze na sile. W zapachu powoli zaczęła jednak pojawiać się pewna zieleń. Tyle, że stłamszona przez przewodni akord słono-ozonowy. Niewątpliwie, Le Sel d’Issey są perfumami, które nie emanują, a wręcz epatują świeżością. Tyle, że dla mnie wrażenie to jest po prostu za silne. I znowu, niby w sercu kompozycji pojawia się wetyweria, a w Internecie znaleźć można porównania do Bois Impérial czy Ganymede, ale dla mnie to jakieś nieporozumienie. Tamte dzieła Bisch’a mają nam zdecydowanie więcej do zaoferowania, podczas gdy to opisywane dziś wydaje się płaskie i nudne. Niewiele się w nim dzieje, a nastanie bazy nic w tej kwestii nie zmienia. Niby za sprawą cedru i mchu dębowego nabiera więcej drzewnego charakteru, ale wrażenie to nie jest ewidentne. W odróżnieniu od wyraźnej syntetyczności opisywanego pachnidła.

     No dobrze, to teraz przejdźmy do parametrów użytkowych Le Sel d’Issey. I tu kolejna niespodzianka. Quentin Bisch stworzył bowiem potwora. Skomponowane przez niego pachnidło posiada naprawdę ogromną moc. Jego projekcja jest tak silna, że wyczuwam aromat dzieła Issey Miyake nawet z leżącego kilka metrów ode mnie blotera. Gdyby tylko przyciągał, a nie odpychał… Jeśli natomiast chodzi o trwałość recenzowanego pachnidła, to ona także jest nadzwyczajna. Mimo, iż mamy tu do czynienia z wodą toaletową, to jej woń utrzymuje się na naszej skórze przed dobre 12-14 godzin od aplikacji. Przy tym stężeniu syntetyków nie powinno to jednak dziwić.   

     To jeszcze parę słów o flakonie, w którym dystrybuowana jest recenzowana dziś kompozycja. I kolejna niespodzianka. Do tej pory wszystkie wypusty japońskiej marki oscylowały wokół kształtu butelko należącej do oryginalnych L’Eau d’Issey Pour Homme. Tymczasem Le Sel d’Issey oferuje nam coś nowego. Bezbarwna ciecz zamknięta została bowiem w przeźroczystej szklanej tubie o bardzo masywnej podstawie. Uwagę zwraca też jednak wykonana z plastiku i pomalowana błyszczącą srebrną farbą zatyczka. Zwłaszcza, że jej rozmiar jest całkiem spory, co szczególnie rzuca się w oczy w przypadku 50 ml wersji flakonu. Natomiast nazwa zapachu oraz jego marka wypisane zostały nowoczesną szarą czcionką bezpośrednio na szkle. Całość prezentuje się więc bardzo dobrze a zarazem nieco minimalistycznie. Zachęca jednak do sięgnięcia po dzieło Issey Miyake.  

     Trudno mi nie zgodzić się z przeczytanym w recenzji Miguel’a Matos’a, jednego z współautorów Fragrantica.com, że Le Sel d’Issey bliżej do odświeżacza do toalet niż do perfum dla ludzi. Zapach razi sztucznością, a do tego jest nachalnie hałaśliwy. Wysoka średnia ocena użytkowników, którą ma na wspomnianej stronie internetowej jest dla mnie zupełnie niezrozumiała. Dzieło Issey Miyake to zupełnie niewyróżniająca się kompozycja zbudowana wokół jednego wątku. Morskiego. W którym nie odnajduję nic szczególnie oryginalnego. Ani choćby interesującego. Hołd nie został złożony soli życia, a nowoczesnym syntetykom pokroju Iso E Super. Zresztą zapachowi brakuje nie tylko naturalności, ale i głębi oraz ewolucji. Dziwię się, że coś takiego wyszło spod ręki Quentin’a Bisch’a. Z drugiej strony każdy ma czasem prawo do gorszego dnia…           

Le Sel d’Issey
Główne nuty: Nuty Morskie, Nuty Drzewne.
Autor: Quentin Bisch.
Rok produkcji: 2024.
Moja opinia:  Nie polecam. (3/7)