Uwaga, klasyk! - Boss Bottled

     W dzisiejszym wpisie postanowiłem zmierzyć się z kolejnym klasykiem a jednocześnie jednym z absolutnie najpopularniejszych męskich zapachów w Polsce. Mowa o Boss Bottled marki Hugo Boss. Te stworzone w 1998 roku przez Annick Menardo perfumy są mi wyjątkowo dobrze znane, gdyż przez lata używał ich mój tata. Od razu też zaznaczę, że nigdy ich nie lubiłem. Latami walczyłem o to, by tata zaprzestał ich używania i odetchnąłem z ulgą, gdy to wreszcie nastąpiło. Szczególnie, że spośród proponowanych mu przez mnie zapachów jako zastępcę wybrał – moim zdaniem wybitny – Honey Aoud od Montale. Pomimo mojej długoletniej niechęci do Boss Bottled na potrzeby niniejszej recenzji postanowiłem zdobyć się na maksymalny obiektywizm i postarać się zrozumieć fenomen jakim jest tak wielka popularność tego zapachu w naszym kraju.

     Perfumy te, występujące również pod nazwą Boss no. 6 Bottled, rozpoczynają się dość oryginalnie bowiem akord głowy imitować ma zapach strudla z jabłkami. Mamy tu zatem zarówno jabłko jak i cynamon, dla lepszego efektu sparowane z wanilią, która w większym stopniu do głosu dojdzie jednak dopiero w bazie tych perfum. Taki początek może się podobać, dla mnie jest jednak zbyt słodki. Sprawia wrażenie ckliwego i ulepkowatego, a efektu tego nie jest w stanie zmienić obecność nuty cytrusowej zbudowanej w oparciu o aromat cytryny i bergamotki. Niektórzy wyczuwają w głowie Boss Bottled także śliwkę, ja jednak nie zauważam jej obecności, już teraz wyraźnie czuję za to mech dębowy, który podobnie jak wanilia stanowi część akordu bazowego tych perfum. Pomimo, iż mi osobiście takie otwarcie wydaje się zbyt duszące i przesłodzone, muszę przyznać, że pachnie dość naturalnie i nie czuć tu syntetyków. Jabłko jest jabłkiem a przyprawy przyprawami, zapach nie popada przy tym zbyt mocno w klimaty gourmand.

     Po około godzinie od aplikacji słodycz tych perfum nieznaczne łagodnieje ustępując miejsca kwiatowym nutom serca. Oprócz geranium do skomponowania tej fazy zapachu Annick Menardo wykorzystała rzadko stosowany olejek z nagietka. Jego woń jest ostra i nadaje kompozycji męskiego charakteru. Bardzo wyraźnie wyczuwam też pewną gorycz, która nieomylnie naprowadza mnie na trop obecnych w składzie goździków. Pojawiają się też pierwsze drzewne tony przywodzące na myśl aromat wykonanych z mahoniu mebli. Chociaż na tym etapie Boss Bottled cały czas pozostaje słodki, dla mnie jest również dużo znośniejszy, może nawet przyjemny. Gdy kwiaty i przyprawy już odparują do gry powracają jednak wanilia i mech a towarzyszą im kolejne nuty drzewne. Mamy więc mleczny i ciepły sandałowiec, lekki, klasycznie drzewny cedr oraz kolejną niespodziankę – drewno oliwkowe. Jest także bardzo popularna w nowoczesnej perfumerii wetyweria. I niby wszystko wydaje się w porządku, poszczególne nuty dobrze się ze sobą komponują, zwłaszcza sandałowiec i wanilia tworzą zgrany duet, ale coś w tym zapachu dalej mi nie leży. I nie potrafię jasno określić co. Nie umiem jednak oprzeć się wrażeniu, że Boss Bottled to perfumy jak na mój gust zbyt ckliwe.

     Pod koniec lat 90’, gdy Boss Bottled debiutował na rynku miał on opinie zapachu naprawdę silnego. Dziś standardy mocy uległy zmianie uważam jednak, że dzieło Menardo wciąż projektuje bardzo wyraźnie. Przez cały czas trwania na skórze jest dobrze wyczuwalny, co stanowi niewątpliwy plus, w wypadku, gdy perfumy te komuś naprawdę się podobają. Ponieważ ja nie należę do tej grupy ich trzydniowe testy były dla mnie raczej torturą. Szczególnie, że No. 6 jest także naprawdę trwały, utrzymując się na moim ciele przez 8-9 godzin. To świetny wynik jak na wodę toaletową.

     Bardzo podoba mi się natomiast flakon, w którym dystrybuowany jest bohater dzisiejszego wpisu. Niby prosty, ale jest w nim też coś męskiego. No i ta szara zatyczka – chyba żaden kolor tak dobrze nie pasuje mi do Boss Bottled jak właśnie szary. Całkiem nieźle komponuje się on zresztą z zielono-żółta barwą tych perfum. Na półce taty ten zapach zawsze prezentował się lepiej niż dobrze.

     Przystępując do testów Boss Bottled wychodziłem z założenia, że może nie taki wilk straszny jak go pamiętam i że uda mi się dojrzeć w tych perfumach coś, co sprawi, że po latach mnie do siebie przekonają (tak było choćby w przypadku Aventusa, który pomimo trudnych początków po trzecim teście całkowicie mnie zauroczył). Nie udało się. Doceniam oryginalność tej kompozycji, rozumiem również, że jej jabłkowo-waniliowy aromat może budzić swojskie skojarzenia z babciną szarlotka, jednak nie potrafię się nią zachwycić. Mnie No. 6  po prostu dusi. Jako zapach na dzień jest za to niezwykle uniwersalny i świetnie sprawdzi się zarówno na randce jak i do biura. Pasuje zarówno młodym jak i starszym. Nie jest też sztuczny i pozytywnie wyróżnia się na półce z napisem BOSS. Pomimo to wciąż go nie znoszę.

Boss Bottled
Główne nuty: Drzewne, Przyprawy.
Autor: Annick Menardo.
Rok produkcji: 1998.
Moja opinia:  Odradzam.