Black – zmysłowość nocy

Dziś postanowiłem sięgnąć o perfumy, które powstały jeszcze jeszcze w poprzednim wieku. A konkretnie w 1998 roku. To właśnie wtedy Annick Ménardo stworzyła dla Bvlgari Black. Zapach, który szybko zjednał sobie serca kobiet i mężczyzn na całym świecie. I to mimo, że oficjalnie dedykowany był tylko przedstawicielom brzydszej płci. Jednocześnie, w materiałach dotyczących tej kompozycji trafiłem na informację, iż nie posiada ona klasycznej trójdzielnej budowy z podziałem na głowę, serce i bazę. Z czym osobiście nie do końca się zgadzam. Jeśli jednak jesteście ciekawi szczegółów, to zapraszam do lektury całego niniejszego wpisu.

     Recenzowane dziś perfumy zaczynają się naprawdę ciekawie. I zgodnie z tym jak się nazywają. Dolatujący do naszych nozdrzy aromat od początku wydał mi się bowiem zauważalnie ciemny. I dymny. Ale nie kadzidlany. Wrażenie to jest natomiast spowodowane obecnością w jego głowie nuty herbaty lapsang souchong. Jej charakterystyczna, lekko wędzona woń jest tu bardzo łatwa do zidentyfikowania. Natychmiastowo nadaje dziełu Bvlgari pazura. Tuż obok niej pojawia się zaś inna, typowo parowana z herbatą, nuta. A jest nią bergamotka. Dzięki której otwarcie stworzonego przez Annick Ménardo pachnidła nabiera nieco więcej soczystości. Dość niespodziewanie, w otwarciu opisywanej kompozycji wyczuć można również coś, co przypomina aromat palonej gumy. I nie jest to raczej zasługa także deklarowanego w głowie zapachu jaśminu. Dodam też jednak, że dla mnie wrażenie to jest raczej drugoplanowe. Ustępuje miejsca przewodniemu wątkowi dymno-herbacianemu.

     Wspomniałem już, że nie zgadzam się z twierdzeniem, że Black to perfumy nie posiadające trójdzielnej budowy. To, co opisałem powyżej, to dla mnie typowa głowa. Choć może przeciągnięta nieco ponad przyjęty standard. Po niej jednak następuje serce. A w nim pierwszoplanową rolę odgrywa nuta skóry. Męska i wytrawna. Surowa. Ale nie ostra. Ani nie retro. Annick Ménardo doskonale ją tu zbalansował. Bo choć jej aromat wpisuje się w początkowy klimat recenzowanej kompozycji, to jednak sam również wiele do niej wnosi. Nadaje głębi. Szczególne, że do budowy tej fazy zapachu, obok skóry, francuska mistrzyni sięgnęła również po nuty drzewne. A konkretnie po wytrawny cedr oraz słodszy sandałowiec. Zaś w miarę upływu czasu, to właśnie ten drugi staję się wyraźniejszy. Stanowi naturalny kontrapunkt dla cięższego wątku skórzanego, jednocześnie przesuwając Black nieco bardziej w kierunku pachnideł orientalnych. O czym wspominam nie bez powodu. Ostatnia faza zapachu zbudowana została bowiem w oparciu o spora dawkę wanilii. Przez co całość staje się zauważalnie bardziej słodka. Ale nie przesłodzona. Przeciwnie, końcówka opisywanego zapachu wydaje mi się wręcz hipnotycznie zmysłowa. Wspólnie z również pojawiającą się w niej ambrą, wanilia wygładza co ostrzejsze krawędzie dzieła Bvlgari. Razem nadają mu krągłości. Przy czym sensualny charakter bazy Black podkreślony został jeszcze przy pomocy piżma.      

     Nadszedł czas, by przyjrzeć się parametrom użytkowym recenzowanej dziś kompozycji. Zacznijmy zaś od projekcji. Która, moim zdaniem, jest raczej umiarkowana. Wyraźniej czułem te perfumy na sobie jedynie podczas treningu na siłowni. Z tym, że nie jest też tak, że przez resztą czasu musiałem szukać ich na skórze. Miałem świadomość ich obecności na ciele, nie była ona po prostu aż tak ewidentna. Zdecydowanie mogę natomiast pochwalić trwałość zapachu. Mimo, iż mamy tu do czynienia z wodą toaletową, to dzieło Bvlgari utrzymuje się na ciele przez dobre 10-11 godzin od aplikacji. Są więc powody do zadowolenia.  

     Całkiem ciekawie prezentuję się także flakon prezentowanego zapachu. Już na pierwszy rzut oka skojarzył mi się on z oponą samochodową. Co ma sens, biorąc pod uwagę wyczuwaną w Black woń palonej gumy. Jeśli jednak nie liczyć czarnego obramowania z wytłoczoną nazwą marki, to sama buteleczka wykonana jest z przeźroczystego szkła. A zamknięta w niej ciecz ma jasną, bladozielonkawą barwę. Dość intrygująco, całość nie posiada etykiety, a nazwę zamkniętej we flakonie kompozycji znajdziemy wygrawerowaną na wierzchu zatyczki. Wokół niej, na srebrnym pierścieniu jeszcze raz umieszczono zaś oznaczenie producenta.

     O tym, że Black są perfumami z górnej półki słyszałem i czytałem wielokrotnie. Nigdy jednak nie skupiłem się na ich charakterze. Dlatego spotkanie z dziełem Annick Ménardo okazało się dla mnie sporą niespodzianą. Ale zdecydowanie przyjemną. Kompozycja płynnie przechodzi od dymno-herbacianej głowy przez skórzano-drzewne serce do waniliowo-żywicznej bazy. Na każdym z tych etapów oferując nam gamę intrygujących olfaktorycznych doznań. Jak choćby wspomniany aromat palonej gumy. Pomyślałem sobie również, że choć nigdy nie testowałem Black Cashmere Donny Karan, to dla mnie właśnie dzieło Bvlgari mogłoby nosić tę nazwę. Opisywany zapach jest bowiem zarazem ciemny, jak i zmysłowy. Gdzieś w Internecie natrafiłem także na określenie gotycki. I trudno mi się z nim nie zgodzić. W Black odnajduję bowiem zarówno grę kontrastów, jak i pewien ukryty dramatyzm. Zachęcam jednak byście sami się o tym przekonali.  

Black
Główne nuty: Skóra, Wanilia.
Autor: Annick Ménardo.
Rok produkcji: 1998.
Moja opinia:  Polecam. (6/7)