Uwaga, klasyk! – Fahrenheit

     Dzisiejszy wpis jest dla mnie wyjątkowy. Fahrenheit to bowiem pierwsze perfumy jakich kiedykolwiek używałem. Z tego względu pomyślałem, że ciekawie byłoby do nich wrócić. Choćby na kilka dni. Jest jednak i drugi powód. Pamiętając o przerwie w wprowadzeniu Perfumomanii, jaką we wrześniu zeszłego roku ogłosił Pirath, od tamtego czasu nie zaglądałem na jego bloga. Zrobiłem to dopiero w lutym. W efekcie znalazłem recenzję nowej, zreformułowanej wersji Fahrenheita. Auto nie zostawił na zapachu suchej nitki. W tej sytuacji nie mogłem zrobić nić innego jak rozpocząć własne testy. Dziś zaś nadszedł czas by przedstawić moje spostrzeżenia na temat tego, co obecnie nowi nazwę Fahrenheit.

Fahrenheit

     Zanim przejdę do właściwej części recenzji musze przyznać, że recenzowane dziś perfumy faktycznie przeszły ogromną transformację i już tylko w niewielkim stopniu przypominają te, których używałem w młodości. Nie mówiąc już o oryginalnej wersji klasyka z 1988 roku. Choć piramida nut nie uległa zmianie, co do jakości komponentów można już mieć sporo zastrzeżeń. Jak zatem obecnie pachnie Fahrenheit? Zapach rozpoczyna się mieszanką nut zielonych i cytrusów. Wśród nich na pierwszy plan wybijają się przede wszystkim kwiatowy aromat głogu oraz słodycz mandarynki. Perfumy te szybko nasunęły mi skojarzenia z wiosenną łąką, do czego w dużej mierze przyczyniła się obecność ich składzie lawendy oraz rumianku. Nieco szorstkości dodają im zaś bergamotka i cytryna. Bardzo ważną rolę w początkowej fazie zapachu odgrywa również wiciokrzew. Jego charakterystyczny, słodkawy aromat jest jednym z sygnaturowych elementów Fahrenheita. Otwarcie kompozycji niewątpliwie jest intrygujące i zwraca uwagę, niestety twórcom nie udało się zamaskować obecnych w nim chemicznych niuansów.

Fahrenheit

 W sercu władzę nad zapachem przejmuję fiołek. Jego woń zawiera w sobie wszystko to, o czym wspominałem już wcześniej. Jest jednocześnie zielona, szorstka i cierpka. Bezsprzecznie męska. Chłodna a jednocześnie kwiatowo ciepła. To ciepło pochodzi jednak również z innych źródeł. Do jego wygenerowania posłużyły między innymi jaśmin, goździk i gałka muszkatołowa. Ta ostatnia nadaje kompozycji dodatkowego przyprawowego charakteru. A wszystko to zespojone zostało wokół miękkiego i kremowego drewna sandałowego. Mimo to serce Fahrenheita wydaje mi się nieco zbyt wodniste. A może to po prostu wpływ konwalii? W bazie do tego wszystkiego, o czym wspomniałem powyżej dochodzi zaś akord skórzany. Muszę jednak przyznać, że w obecnej wersji nie jest on nawet w połowie tak intensywny jak w tej, którą pamiętam z młodości. A szkoda, bowiem był to jeden z tych elementów, które w przeszłości wzbudzały zachwyt dziełem Sieuzac’a. Wątek skórzany podbudowany zaś został drzewno-żywicznym, obecnym tu za sprawą wetywerii oraz styraksu. A także mastyksu, czyli naturalnej żywicy pozyskiwanej z pistacji kleistej, zwanej też lentyszkiem. Przez niektóre osoby substancja ta określana jest także jako Łzy Chios - od wyspy, na której się ją pozyskuje. Finisz Fahrenheita jest więc balsamiczny i wytrawny zarazem.  

     Reformulacja prezentowanego dzisiaj zapachu uwidacznia się także w aspekcie jego walorów użytkowych. Jedynie przez pierwsze 1-1,5 godziny Fahrenheit projektuje naprawdę wyraźnie. Po tym czasie jego moc zdecydowanie spada. Z dawnego tytana projekcji niewiele zostało. Na szczęście nie jest też tak, że perfum tych w ogólne nie czuć. Choć przez większość czasu pozostają bliskoskórne, pozostawiają jednak za nosicielem nieznaczny ogonek. Również czas przez jaki kompozycja utrzymuje się na skórze nie powala na kolana. W moim przypadku było to około 5-6 godzin. Spotkałem się już z gorszymi wynikami, ale nie potrafię zapomnieć, że dawnym Fahrenheitem pachniałem przez cały dzień.

Fahrenheit

     Flakon to jedna z tych rzeczy, które w przypadku dzieła Dior’a niemal nie uległy zmianie. Jego wzór wciąż wzbudza mój zachwyt. Ten opływowy kształt po prostu ma coś w sobie. Kojarzy mi się trochę z fiolkami, w których średniowieczni alchemicy przechowywali swoje mikstury. Jest też bardzo wygodny w użyciu. Do tego dochodzi jeszcze barwa. Kolor szkła przechodzi od jasnopomarańczowego na spodzie do ciemnoczerwonego bliżej zatyczki. To cieniowanie naprawdę daje świetny efekt. Choć muszę przyznać, że wyżej opisana kolorystyka nijak się ma do charakteru tych perfum.

     Recenzowane dziś perfumy należy oceniać z dwóch perspektyw. Jako współczesny zapach dla mężczyzn oraz jako Fahrenheit.  Patrząc przez pryzmat genialnej legendy to, co obecnie serwuje nam Dior woła o pomstę do nieba. Jej wyrafinowany aromat, zwiastujący nadejście lat 90’ i nowej fali zapachów, został brutalnie odarty ze swej głębi i drastycznie spłaszczony. Jeżeli jednak zapomnieć o całej historii tej kompozycji i spojrzeć na te perfumy z perspektywy dzisiejszych premier to uważam, że nie jest aż tak źle. Fahrenheit wciąż pozostaje zapachem charakterystycznym. Nadal przyciąga uwagę i nadal może się podobać. Problem polega na tym, że znacznemu pogorszeniu uległa jakość budujących go składników. Ich syntetyczny charakter może jeszcze nie odstrasza, ale skutecznie zaburza pozytywny odbiór tych perfum. W konsekwencji moja ocena nie mogła być wyższa.

Fahrenheit

Fahrenheit
Główne nuty: Fiołek, Skóra.
Autor: Jean-Lousi Sieuzac.
Rok produkcji: 1988.
Moja opinia: Warto poznać.