Pierre de Lune – srebrzysty pył

Dziś po raz trzeci sięgam po perfumy z ekskluzywnej linii Armani Privé. Tym razem mój wybór padł zaś za Pierre de Lune (fr. kamień księżycowy). Kompozycja ta powstała w 2004 roku, a za jest stworzenie odpowiedzialna jest, bardzo przez mnie lubiana, Daniela Andrier. Którą cenię między innymi za zapachy z irysem w temacie, takie jak choćby Infusion d’Homme Prady. A że kwiat ten pojawia się w również w piramidzie nut recenzowanego pachnidła, to tym bardziej ciekaw byłem aromatu dzieła Armani’ego. Szczególnie, że francuskiej perfumiarce powierzono zadanie dość abstrakcyjne. Nie sądzę bowiem, żeby wielu z nas wiedziało jak pachną kamienie na księżycu. Bez dalszej zwłoki przekonajmy się jednak jaki pomysł miała na to Daniela Andrier.   

     Jeśli chodzi o początek recenzowanych perfum, to bardziej niż z Księżycem, skojarzył mi się on z Ziemią. Która nazywana bywa również Zieloną Planetą. I to właśnie zielone aromaty dominują wstępną fazę Pierre de Lune. Spośród nich na pierwszy plan wybija się zaś fiołek. Nieco szorstki, zdecydowanie roślinny. A do tego lekko słodki. Czy może jedynie słodkawy. Wrażenie to nie jest bowiem zbyt silne. Zaserwowany w otoczeniu abstrakcyjnych nut zielonych, przydaje także opisywanemu zapachowi specyficznej aury wilgoci. Z tym, że wrażenie to nie jest specjalnie długotrwałe. Zaskoczyło mnie natomiast to, że mimo nieobecności cytrusów, w głowie dzieła Danieli Andrier odnajduję również coś subtelnie musującego. Jednocześnie, chcę jednak zauważyć, że otwarcie kompozycji jest raczej dyskretne. Tak jakby nasz księżyc wahał się jeszcze czy wzejść na niebo czy może pozostać w ukryciu.

     Choć dobrze wiemy, że na księżycu nie ma życia, to jednak w wizji Danieli Andrier porośnięty jest on kwiatami. A w największej części irysem. Dostałem więc to, na co czekałem. Choć może nie do końca w takiej formie, jaką lubię. Według mnie w Pierre de Lune francuska twórczyni przedstawiła bowiem irysa w wersji zdecydowanie kobiecej. Nie ma tu metalicznego chłodu ani ziemistej marchwiowości. Są za to wyraźne słodycz i pudrowość. Przez co cały zapach wydaje mi się jakby sypki. To bardziej księżycowy pył niż kamień. W dziele Armani’ego jest coś zauważalnie miałkiego. Co sprawia jednocześnie, że całość wydaje się delikatna. Subtelna. W ten klimat wpisuje się także druga z obecnych w sercu recenzowanej kompozycji nut. A tą jest cassia. Której nazwa, o ile dobrze sprawdziłem, nie ma odpowiednika w języku polski. Dlatego wytłumaczę może, że chodzi o olejek z kory drzewa Cinnamomum cassia, czyli chińskiego cynamonu (a nie o jakaś pochodną czarnej porzeczki - fr. cassis). Pachnie on ciepło i pikantnie, a jednocześnie surowiej i ostrzej niż klasyczny cynamon. Z tym, że w Pierre de Lune gra on raczej drugoplanową rolę. Natomiast w końcówce pojawiają się akcenty drzewne i ambrowe, wprowadzone przy pomocy aromamolekuły belambre. Nie mogło też zabraknąć piżma.

     Chciałbym teraz poświęcić chwilę uwagi parametrom użytkowym prezentowanej kompozycji. Wcześniej wspomniałem już o jej dyskretnym charakterze. Z czego wywnioskować można, że projekcja dzieła Armani’ego nie jest najsilniejsza. I rzeczywiście, zapach trzyma się blisko skóry, jedynie z rzadka opuszczając naszą strefę komfortu. Wydaje mi się, że nie można natomiast mieć zastrzeżeń co do jego trwałości. Ta jest bowiem dobra i (w moim wypadku) wynosi 10-11 godzin od aplikacji. Pamiętajmy też jednak o tym, że mamy tu do czynienia z wodą perfumowaną, a nie toaletową.

     To jeszcze kilka słów o flakonie recenzowanych perfum. Choć nie różni się on szczególnie mocno od tych należących do Bois d’Encens i Ambre Soie. Na pierwszy rzut oka widać jednak jeden odróżniający go element. A tym jest kolor zatyczki. W przypadku naszego dzisiejszego bohatera jest ona bowiem mlecznobiała. Co dodatkowo kontrastuje z czarną, prostopadłościenną buteleczką, w której zamknięty jest aromat Pierre de Lune. Poza tym, cały wzór prezentuje się dość minimalistycznie. Na złotej etykiecie odnajdziemy bowiem jedynie nazwę zapachu oraz kolekcji, do której należy. Mimo to, w moim odczuciu buteleczka prezentuje się dość dobrze.

     Choć Pierre de Lune to perfumy, które zaczynają się bardzo niepozornie, to ostatecznie przyznaję, że jest w nich coś nieziemskiego. Przy pomocy wybranych przez siebie składników, Danieli Andrier udało się stworzyć abstrakcyjny aromat czegoś, co ja mógłbym określić jako księżycowy pył. Kompozycja jest bowiem słodka i pudrowa, a do tego subtelna. Z pierwiastkiem czegoś nieuchwytnego. W zasadzie trudno to nawet precyzyjnie opisać. Nie mam natomiast wątpliwości, że w wydaniu francuskiej mistrzyni księżyc jest kobietą. Co zresztą nie może aż tak bardzo dziwić, bo w językach romańskich słowa takie jak lune czy luna są rodzaju żeńskiego. Jednocześnie, z tego właśnie powodu opisywany zapach nie do końca trafił w mój gust. Jak dla mnie posiada od zbyt silny przechył w kobiecą stronę. Choć jego zmysłowa dyskrecja łagodzi nieco ten dysonans. Ciekaw jestem jednak Waszych opinii na temat tych perfum.   

Pierre de Lune
Główne nuty: Irys, Cassia.
Autor: Daniela Andrier.
Rok produkcji: 2004.
Moja opinia:  Warto poznać. (5/7)