Neroli 36 – cały na biało

Niewątpliwie, neroli to jedna z moich ulubionych nut w perfumach. Dlatego zawsze chętnie sięgam po kompozycje, w których odgrywa kluczowe role. Zaś już po samym tytule domyślać się można, że tak też jest w przypadku naszego dzisiejszego bohatera. Neroli 36 od Le Labo. Zapach powstał w 2006 roku za sprawą Daphné Bugey, zaś oficjalna strona amerykańskiej marki określa go między innymi jako elegancki i czarujący. Co w zasadzie wpisuje się w charakter tytułowego składnika. Przekonajmy się zatem czy w pachnidle tym odnajdziemy coś bardziej intrygującego i jaki pomysł na przedstawienie neroli znalazła francuska mistrzyni.

     Zacznę może od tego, że nazwa recenzowanych perfum nie kłamie. Tytułowe neroli wyczuwalne jest w nich bowiem od samego początku. I to naprawdę wyraźnie. Jego zapach jest wyraźnie lekki i czysty. Nieco brakuje mi tu natomiast charakterystycznej dla tej nuty świeżości. W pierwszej fazie dzieła Le Labo odnajduję za to sporo słodyczy. Którą zawdzięczamy nie tylko samemu neroli, ale również mandarynce. Innym, bardzo ważnym, składnikiem, który pojawia się w głowie kompozycji są aldehydy. Współtworzą one lekki charakter Neroli 36 jednocześnie nadając całości czegoś bardziej metalicznego. Ich wpływ na stworzone przez Daphné Bugey pachnidło utrzymuje się zaś również na jego dalszych etapach.

     W sercu zapachu na pierwszy plan powoli wysuwa się jaśmin. Jego białokwiatowy aromat bardzo dobrze komponuje się z neroli. Podbija także słodycz opisywanych perfum. Przy czym nuta ta ma często tendencje do bycia ciężką i przytłaczania swoją wonią. W dziele Le Labo tak się jednak nie dzieje. I myślę, że jest to w dużej mierze zasługa wspomnianych już aldehydów. Jednocześnie, dość intrygująco, w środkowej fazie kompozycji odnaleźć można również coś wodnistego. W Internecie natrafiłem nawet na komentarze, że morskiego, z takimi opiniami nie mogę się jednak zgodzić. Niezaprzeczalnie, na tym etapie Neroli 36 wyczuwam jednak jakąś aurę wilgoci. I to mimo, iż w oficjalnym spisie nut nie widzę żadnego składnika, który mógłby odpowiadać za to wrażenie. Figuruje w nim natomiast róża. Która dodatkowo wzmacnia kwiatowy klimat skomponowanego przez Daphné Bugey pachnidła. Jest słodka i elegancka. Trzyma się jednak drugiego planu, na pierwszym pozostawiając jaśmin i neroli. Jednak z czasem i to ulega zmianie. Zbliżamy się bowiem do bazy zapachu. W której nabiera on więcej zmysłowości. Między innymi za sprawą obecnego w niej piżma. Które wpisuje się w mydlany aromat tytułowej nuty. Do tego stopnia, że zastanawiam się nawet czy nie za bardzo. Czasami całość z czystej przechodzi bowiem we wręcz sterylną. Po części również dlatego, że nie czuć w niej charakterystycznych dla jaśminu indolowych akcentów. Przy czym w bazie spotęgowana zostaje jeszcze słodycz kompozycji, a wrażenie to zawdzięczamy wanilii i bobowi tonka. Według mnie ostatnia faza zapachu jest też jednak jego najsłabszą.

     Sprawdźmy teraz jeszcze jak prezentują się walory użytkowe prezentowanego dziś pachnidła. Tak jak zawsze, zacznę zaś od projekcji. A ta jest według mnie umiarkowana. Wyczuwam aromat Neroli 36 na swojej skórze oraz w niewielkiej przestrzeni dookoła mnie. O inwazyjności nie ma jednak mowy. Wcześniej wspomniałem już zresztą o lekkim charakterze tych perfum. Co, bynajmniej, nie odbiło się negatywnie na ich trwałości. Którą osobiście uważam za całkiem przyzwoitą. W moim wypadku wynosiła ona bowiem od 7 do 9 godzin. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że nasz dzisiejszy bohater występuje pod postacią wody perfumowanej.  

     Przyjrzyjmy się również buteleczce dzieła Le Labo. Choć w jej wypadku o niespodziance raczej nie może być mowy. To, co widzimy, to bowiem typowy wzór stosowany przez amerykańską markę. A zatem flakon jest walcowaty, ku górze przechodzi zaś w kształt kopuły. Na której szczycie umiejscowiony został, przykryty srebrna zatyczką, atomizer. Na froncie widzimy zaś białą etykietę, z której wyczytać możemy całkiem sporo informacji na temat recenzowanego zapachu. Między innymi jego nazwę i koncentrację. A także pojemność buteleczki. Co ciekawe, brakuje natomiast oznaczenie marki. Za to przez przejrzyste szkło flakonu, dostrzec można zamknięta w nim bladożółtą ciecz.

     Jeśli mam być szczery, to Neroli 36 są perfumami, które nie bardzo mnie zachwyciły. Doceniam zauważalny w sercu wątek wodny, ale to w zasadzie tyle. Daphné Bugey skonstruowała bowiem swoje pachnidło tak, że bardziej niż z neroli kojarzy się ono z klasycznym kwiatem pomarańczy. Naprawdę brakuje mi tu rześkości. Oraz odrobiny zieleni. Choć na plus zaliczam fakt, że białe kwiaty nie ciążą na skórze. Mimo to, całość jest według mnie aż nadto mydlana. Rozumiem, że chodziło o zbudowanie wrażenie czystości, uważam jednak, że francuska twórczyni poszła o krok za daleko. W efekcie dzieło Le Labo straciło coś, co mogłoby być jednym z jego największych atutów. A chociaż całość broni się przed krytyką, to powodów do większych zachwytów też nie widzę.       

Neroli 36
Główne nuty: Białe Kwiaty, Aldehydy.
Autor: Daphné Bugey.
Rok produkcji: 2006.
Moja opinia: Może być. (4/7)