Santal – sandałowiec z wkładką

Dziś na blogu debiutuje jedna z najstarszych marek perfum w Wielkiej Brytanii. Floris. Choć akurat zapach, który wybrałem na bohatera niniejszej recenzji aż tak wiekowy nie jest. Powstał bowiem w 2002 roku. A mowa o Santal. Czyli kompozycji, która swoim charakterem nawiązywać ma nie tylko do drzewnych klasyków z sandałowcem w temacie, ale również do pachnideł osadzonych w tradycji fougère. W tym także do klasycznych Sandalwood tej samej marki z XIX wieku. Z tym, że prezentowane dziś pachnidło posiada zdecydowanie współcześniejszy charakter. Zachowuje jednak powiązania z Dalekim Wschodem. Bez zbędnej zwłoki przekonajmy się zatem jak pachnie.

W większości perfum z sandałowcem w temacie, które do tej pory recenzowałem aromat tytułowego drewna wyczuwalny jest od samego początku. Ale nie w Santal. Głowa dzieła Floris zdominowana jest bowiem przez przyprawy. Wśród których na pierwszy plan wybija się czarny pieprz. Wytrawny, pikantny i aromatyczny. Po prostu klasycznie… pieprzny. Towarzyszy mu zaś kardamon. Którego obecność stanowi pierwsze nawiązanie do zapowiedzianego orientalnego charakteru opisywanej kompozycji. Jednocześnie, w jej głowie pojawiają się też cytrusy. A konkretnie cytryna i bergamotka. Rozświetlają one pierwszą fazę zapachu, nadając mu przy okazji nieco więcej lekkości. Natomiast w oficjalnym spisie nut odnalazłem jeszcze zieloną trawą, nie mogę jednak powiedzieć, żeby jej woń była tu dla mnie jakoś specjalnie zauważalna.

     W miarę jak zbliżamy się do serca recenzowanych perfum, ich przyprawowy charakter nie znika. Przeciwnie, nawet odrobine się nasila. A dzieje się tak za sprawą bardzo przeze mnie lubianych nut gałki muszkatołowej i goździków. Tym samym całość staje się jeszcze bardziej wytrawna. Na tym etapie silniej zaznacza się też jednak wspomniane już na wstępie nawiązanie do rodziny fougère. Do jego budowy wykorzystano zaś lawendę. Która przyczynia się również do nadania całości bardziej eleganckiego wydźwięku. To w sumie dość ciekawe, bo w swoim sercu Santal łączy motywy orientalne z czymś typowo angielskim. Przez co wyobrażam go sobie jako zapach idealny dla stacjonujących w XIX-wiecznych Indiach brytyjskich oficerów. Szczególnie, że w końcu na pierwszy plan wysuwać się zaczyna tytułowe drewno sandałowe. Choć jego aromat nigdy tak naprawdę nie dominuje dzieła Floris. Podkreśla jednak jego dalekowschodni klimat oraz nadaje mu zmysłowości. Buduje aurę przygody. Tym bardziej, że w ostatniej fazie prezentowanego pachnidła odnajdziemy też takie nuty jak cedr, wetyweria czy kadzidło frankońskie. A do tego słodsze wonie ambry i wanilii. Wszystko to spojone zaś przy pomocy piżma. Końcówka ma więc zdecydowanie łagodniejszy wydźwięk niż otwarcie Santal. Jest w niej coś miękkiego i subtelnego.

     Przejdźmy teraz do parametrów użytkowych recenzowanych dziś perfum. Na początek projekcja. A ta jest moim zdaniem w normie. Stworzony przez Floris zapach nie jest szczególnie silny, nie chowa się też jednak tuż przy samej skórze. Można wyczuć go w przestrzeni dookoła, nie powinien on jednak wywoływać dyskomfortu u osób w naszym najbliższym otoczeniu. Jeśli zaś chodzi o jego trwałość, to wydaje mi się, że tu również nie można mieć zastrzeżeń. Ta jest bowiem dobra i wynosi 7-8 godzin od aplikacji. Przynajmniej w moim wypadku. Warto też przy tym mieć na uwadze fakt, że opisywana kompozycja występuje pod postacią wody toaletowej.

     Ponieważ marka Floris po raz pierwszy pojawia się na Agar i Piżmo, to z przyjemnością poświęcę kilka słów flakonom, w których dystrybuowane są jej zapachy. Ze szczególnym uwzględnieniem tego należącego do Santal. A jest on dość smukły, z krawędziami nieco rozszerzającymi się ku górze i lekko trójkątnym zwieńczeniem, na którym osadzono atomizer. Na froncie widać zaś obramowaną na złoto etykietę, z której wyczytać można nazwę zapachu, jego producenta oraz koncentrację. Nie zabrakło także logo Floris. Natomiast wbrew temu, co widać na powyższej grafice, flakony prezentowane na oficjalnej stronie marki posiadają etykietki z czerwonym tłem. Bez zmian pozostała natomiast złota zatyczka, którą zwieńczony jest flakon.

     Przyznam, że Santal to perfumy, które mocno mnie zaskoczyły. Po pierwsze dlatego, że przystępując od testów nie czytałem jeszcze nic na ich temat, spodziewałem się więc dużo wyraźniejszego sandałowca. Tymczasem ten w pełnej krasie objawia się nam dopiero w bazie. Do tego czasu zapach balansuje zaś pomiędzy Wschodem a Zachodem. Z jednej strony obecne w nim przyprawy nadają mu zauważalnie orientalnego charaktery, z drugiej lawenda osadza go w tradycji fougère. A choć sam preferuję pachnidła o nieco silniejszej tożsamości, nie mogę zaprzeczyć, że sposób w jaki skomponowane zostało dzieło Floris jest naprawdę ciekawy. Do tego całość pachnie naturalnie, a przyczepić można się jedynie do tego, że opisana przeze mnie ewolucja tych perfum w rzeczywistości nie jest aż tak zauważalna jak na papierze. Według mnie Santal posiadają dość zwartą budowę, zachęcam jednak do samodzielnego wyrobienia sobie zdania na ten temat.

Santal
Główne nuty: Przyprawy, Nuty Drzewne.
Autor: brak danych.
Rok produkcji: 2002.
Moja opinia:  Warto poznać. (5/7)