Eau de Mandarine Ambrée – złocista mandarynka
Choć perfumy marki Hermès pojawiają się na Agar i Piżmo dość regularnie, to już dawno nie gościł to żaden zapach z kolekcji kolońskiej. A że tego typu kompozycje dobrze sprawdzają się nie tylko latem, ale i w chłodniejsze pory roku, gdy niższe temperatury pozwalają im iskrzyć na skórze, to dziś na bloga trafia Eau de Mandarine Ambrée. Pachnidło to powstało w 2013 roku, a więc jeszcze w czasach gdy w fotelu naczelnego nosa u Hermès’a zasiadał Jean-Claude Ellena. I to właśnie on odpowiedzialny jest za stworzenie prezentowanych dziś perfum. Sama kompozycja przedstawiać ma zaś cytrusy w formie cieplejszej niż ma to miejsce zazwyczaj. Na co po części wskazuje również nazwa zapachu. Przekonajmy się jednak jaki jest rzeczywisty efekt zabiegów francuskiego mistrza.
Patrząc na spis nut Eau de Mandarine Ambrée można być zaskoczonym tym, z jak prostymi perfumami mamy tu do czynienia. W rzeczywistości zapach jest jednak nieco bardziej złożony. Z naciskiem na nieco. Pierwsza faza dzieła Hermès’a zbudowana zaś została wokół tytułowej nuty mandarynki. Przy czym jeśli spodziewacie się tu aromatu, który kojarzyć się Wam będzie ze świątecznym koszem tych owoców, to trochę się rozczarujecie. W swojej kompozycji Jean-Claude Ellena eksploruje bowiem inne obszary mandarynkowej woni. Zaś Eau de Mandarine Ambrée okazały się dla mnie perfumami zauważalnie mniej słodkimi niż się spodziewałem. Owszem, cytrusowy aromat tytułowego owocu jest w nich łatwy do zidentyfikowania, dość istotną rolę w głowie zapachu odgrywa też jednak grejpfrut. Którego obecność sprawia, że całość ma w sobie więcej goryczy. A także pewną surowość, która nie do końca przypadła mi do gustu. Nie zmienia to natomiast faktu, że otwarcie opisywanego pachnidła jest lekkie, jasne i radosne.
W wymieniowe wyżej wrażenie dobrze wpisuje się również nuta wokół której zbudowano serce zapachu. A tą, dość zaskakująco, okazuje się być marakuja. I dopiero wraz z jej pojawieniem się na scenie, recenzowane perfumy nabierać zaczynają więcej słodyczy. A także soczystości. Wspomniany owoc przydaje im także bardziej egzotycznego charakteru. Co ważne, całość nie staje się jednak landrynkowa. Jest wysublimowana, a nawet do pewnego stopnia elegancka. Oraz muśnięta odrobiną zieleni. Która według mnie jest efektem sięgnięcia przez Ellenę po olejek petitgrain. Choć spotkałem się również z opiniami, że w sercu Eau de Mandarine Ambrée obecny jest fiołek. Może zatem sami pokusicie się o weryfikację? Natomiast im bliżej jesteśmy bazy, tym kompozycja nabiera więcej ciepła. Choć już wcześniej słoneczna, dopiero teraz naprawdę żarzy się na skórze swoim pomarańczowym blaskiem. A, nadal obecny, aromat mandarynki powoli przechodzi w bardziej żywiczne tony. Na których obecność wskazuje zresztą, jak już wspomniałem we wstępie, nazwa zapachu. Ciepła, balsamiczna woń ambry buduje zmysłową końcówkę zapachu. Pomaga jej w tym natomiast słodki aromat wanilii, który delikatnie wskazuje również na orientalny charakter ostatniej fazy prezentowanego pachnidła.
To teraz, standardowo, kilka słów o parametrach użytkowych Eau de Mandarine Ambrée. Recenzowane dziś perfumy posiadają według mnie przyzwoitą, umiarkowaną projekcję. Nie mam może przekonania, że osoby w moim otoczeniu z łatwością wyczuwają ich obecność na mojej skórze, dla mnie nie stanowi to jednak problemu. Tym ostatnim jest natomiast co innego. Wydaje mi się bowiem, że już dawno nie miałem do czynienia z pachnidłem tak ulotnym i nietrwałym. Po 4 godzinach od aplikacji po dziele Hermès’a na moim ciele nie pozostaje już nawet ślad. Co, nawet w przypadku wody kolońskiej, może wywoływać pewne rozczarowanie.
Chciałbym też poświęcić chwilę uwagi flakonowi opisywanego zapachu. Oczywiście, już na pierwszy rzut oka widać, że mamy tu do czynienia ze wzorem typowym dla całej kolońskiej kolekcji Hermès’a. Buteleczka jest smukła i posiada charakterystyczną, przypominającą nieco melonik, wykonaną z czarnego plastiku zatyczkę. Natomiast szkło, z którego zrobiony jest flakon ma barwę jasnej pomarańczy. Co niewątpliwie pasuje do charakteru zamkniętej wewnątrz cieczy. Jednocześnie, w górnej części buteleczki zauważyć można wytłoczony napis HERMÈS COLOGNE, zaś w dolnej, wypisaną białą czcionka, nazwę perfum. Całość prezentuje się dobrze i buduje moim zdaniem oczekiwane wrażenie lekkości.
Eau de Mandarine Ambrée to jedne z tych perfum, których jednoznaczna ocena przysporzyła mi trochę kłopotów. Mamy tu bowiem do czynienia z zapachem naprawdę prostym. A do tego nieszczególnie oryginalnym, bowiem kompozycje łączące w sobie aromaty mandarynki i ambry pojawiały się już wcześniej na rynku. Ponadto, choć z zasady lubię cytrusowe kompozycje (a stworzoną przez Jean-Claude’a Ellena w ramach tej samej kolekcji co nasz dzisiejszy bohater Eau d’Orange Verte w pełni uwielbiam), to już słodkie akordy owocowe dużo mniej trafiają w moje preferencje. Do tego gorzkawy początek recenzowanego pachnidła również nie przypadł mi do gustu. Z drugiej jednak strony wskazać chcę wysoką naturalność dzieła Hermès’a. Dodatkowo, Eau de Mandarine Ambrée cechują się bardzo płynną ewolucją, a przejścia miedzy poszczególnymi etapami tych perfum są praktycznie niezauważalne. Całość skomponowana jest niezwykle zgrabnie, co tylko potwierdza talent jej twórcy. Finalnie, zdecydowałem się jednak ocenić ten zapach umiarkowanie pozytywnie. Z tym, że zdaję sobie sprawę, z dużej subiektywności takie podejścia i w pełni akceptuję, jeśli ktoś z Was posiada zdecydowanie odmienne zdanie na temat tych perfum.
Eau de Mandarine Ambrée
Główna nuta: Mandarynka, Ambra.
Autor: Jean-Claude Ellena.
Rok produkcji: 2013.
Moja opinia: Może być. (4/7)
Ps. Przygotowując dzisiejszą recenzję zajrzałem na kilka zagranicznych blogów, gdzie opinie były zdecydowanie bardziej entuzjastyczne niż moja (może z wyjątkiem Bois de Jasmine). Natomiast już po podjęciu decyzji co do oceny i napisaniu całości tekstu zajrzałem jeszcze do Marcina Budzyka na Nez de Luxe i znalezione tam 3,5/10 przekonało mnie, że chyba jednak słusznie (choć z nieco innych powodów) nie dałem 5/7.
