Timbuktu – na saharyjskim szlaku

     Dziś na blogu debiutuje jedna z najpopularniejszych niszowych marek perfum – L’Artisan Parfumeur. Na swój początek przygody z zapachami L’Artisan wybrałem zaś Timbuktu – zapach stworzony w 2004 roku przez Bertrand’a Duchaufour’a w ramach serii zainspirowanej podróżami po świecie. W tym przypadku Francuz zabiera nas do Mali, gdzie poznajemy wusulankompozycję zapachową, którą tamtejsze kobiety używają do uwodzenia mężczyzn i której receptura przekazywana jest w rodzinie z matki na córkę. Stanowi ona mieszaninę aromatycznych traw, przypraw, płatków kwiatów oraz niewielkich kawałków drewna, które następnie nasączone zostają wonnymi olejkami. I to właśnie te niezwykłe, domowej roboty perfumy zafascynowały Duchaufour’a do tego stopnia, że postanowił on stworzyć własną wariację na temat wusulan. I tak powstało Timbuktu. Już w tym miejscu wypada mi przy tym zaznaczyć, że w odróżnieniu od tradycyjnego wusulan stworzony przez Francuza zapach z powodzeniem może być używany także przez mężczyzn. A w zasadzie to moim zdaniem nawet bardziej do nich pasuje. Jeśli zatem chcecie dowiedzieć się jak pachnie jedna z najbardziej intrygujących pozycji w portfolio L’Artisan Parfumeur zapraszam do lektury!

Timbuktu
Timbuktu

            W moim odczuciu otwarcie Timbuktu zdominowane zostało przez dwie nuty: zielonego mango i różowego pieprzu. Pierwsza z nich sprawia, że zapach jest słodki i owocowy. Jest też zielony, ale nie cierpki. Do tego raczej świeży. Za sprawą pieprzu molekuły tych perfum unoszą się w powietrzu wytwarzając wokół użytkownika aromatyczną aurę. Za przyprawowy charakter kompozycji współodpowiedzialny jest także kardamon, jednak w moim odczuciu nie odgrywa on tu tak znaczącej roli jak choćby w recenzowanych przeze mnie jakiś czas temu Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir czy Eau de Cèdre. Jest zdecydowanie mniej słodki i kremowy. Początek Timbuktu to także faza, w której najłatwiej wyłowić poszczególne nuty z czasem zapach staje się bowiem bardziej jednorodny, co nie znaczy bynajmniej, że nudny.

Timbuktu

            W sercu początkowo czuć papierową i jakby dymną woń papirusu. Przypomina ona trochę zapach szarego papieru pakowego. Jej obecność jest naprawdę intrygująca. Natomiast deklarowane przez twórców kadzidło w moim odczuciu pojawia się dość późno. W Timbuktu nie ma jednak chłodu kościelnych murów. Kadzidło kreuje suchy i drzewny klimat, który mi kojarzy się raczej z wnętrzem prawosławnej cerkwi. Ma też w sobie coś zmysłowego. Na tym etapie pojawia się również karo korund – afrykański kwiat o aromacie zbliżonym do jaśminu i gardenii. Muszę przyznać, że nigdy nie miałem okazji wąchać tej rośliny ani jej olejku, ale słodka białokwiatowa nuta jest w tej fazie ewidentna. Co więcej, nie znika ona w bazie zapachu, ale zostaje – w nieco zmodyfikowanej formie – podtrzymana za sprawą mirry. Obok niej pojawiają się także benzoes i wetyweria. Wspólnie tworzą one drzewny trzon Timbuktu. I tak od lekkiego zielonego początku przeszliśmy do cięższego, mroczniejszego i jakby gęstszego zakończenia. Wydaje mi się, że w ostatniej fazie zapachu dużą rolę odgrywa także paczula. W stworzonym przez Duchaufour’a dziele pachnie ona bardzo klasycznie – jest brudna, ziemista i cielesna. I to chyba za jej sprawą perfumy te mają w sobie coś silnie erotycznego.

Timbuktu

     Timbuktu cechuje się bardzo dobrą projekcją. Przez niemal cały czas jego trwania byłem w stanie wyczuć go na sobie. Wystarczyło też tylko lekko podgrzać skórę np. wydechem, by aromat tych perfum ponownie wzlatywał w przestworza. Do tego utrzymywał się on na skórze przez naprawdę długi czas. W moim przypadku było to zawsze między 12 a 14 godzin. Wynik nieosiągalny dla większości wód toaletowych.

     Całkiem niedawno zmianie uległ projekt wszystkich flakonów L’Artisan Parfumeur. Obecnie nie są już one wykonane przezroczystego szkła (ten należący do recenzowanych dziś perfum ma kolor oliwkowy), posiadają za to jednolite białe etykiety. Zachowany został natomiast ich oryginalny kształt. Stwierdzam, że poprzednie wersje podobały mi się jednak bardziej. Flakon Timbuktu ozdobiony był wąską niebieską etykietką z wypisaną nazwą perfum oraz miniaturką - charakterystycznej dla afrykańskiej sawanny - akacji. Oba wzory flakonów zobaczyć możecie na grafikach znajdujących się między pierwszym a drugim akapitem – stary po lewej a nowy po prawej stronie.

     W założeniu twórców Timbuktu nasuwać ma skojarzenia z Afryką i w moim przypadku faktycznie tak było. Nie da się też zaprzeczyć, że jest to kompozycja niszowa, choć mi nosiło się ją naprawdę komfortowo. Z duża przyjemnością śledziłem sposób w jaki się zmienia. Zaznaczam przy tym, że jest to zapach na raczej nieformalne okazje. Dużo lepiej sprawdzi się na spotkaniu z przyjaciółmi czy w kinie niż w biurze. Pomimo wspomnianych już przeze mnie zmysłowych akcentów nie klasyfikowałbym go jednak jako perfum wieczorowych. W ciągu dnia również mają wiele do zaoferowania. I to nie tylko miłośnikom Czarnego Lądu.

Timbuktu
Główne nuty: Drzewne, Kadzidło.
Autor: Bertrand Duchaufour.
Rok produkcji: 2004.
Moja opinia: Warto poznać.

Timbuktu