Martyr – na początku był dym
Niektóre spośród opisanych na Agar i Piżmo perfum trafiły tu pod wpływem przypadku. I nie inaczej jest w przypadku naszego dzisiejszego bohatera. Próbkę Martyr polskiej marki Profundum otrzymałem bowiem on kolegi z pracy. Uznał on, że zapach może mnie zainteresować i miał rację. Czego efektem jest dzisiejsza recenzja. Jeśli natomiast chodzi o motyw przewodni stojący za prezentowaną kompozycją, to zamysł był taki, by stworzyć pachnidło dymne. Takie, które swoim aromatem nawiązywałoby do młodzieńczego buntu, czarnej ramoneski i ćwieków. Co od razu skojarzyło mi się z Azzaro – Decibel. Oba pachnidła nie są jednak podobne. Co więcej, to właśnie Martyr wydaje mi się zdecydowanie ciekawszy i bardziej… cóż… buntowniczy.
Recenzowane dziś perfumy posiadają drzewno-dymny charakter i już od samego początku nawet nie próbują tego ukrywać. Ich głowa jest wyraźnie wytrawna. Natomiast spis nut nieco zaskakuje. Wskazuje bowiem na obecność takich elementów jak drzazgi i gwoździe. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z Was wąchał kiedyś drzazgę, łatwo jednak domyślić się, że chodzi o dość generyczny aromat drzewa. Taki, który kojarzyć się nam może z tartakiem lub drewutnią. I w dziele Profundum rzeczywiście pojawia się ten obraz. Wzbogacony o coś subtelnie metalicznego, czyli wspomniane gwoździe/ćwieki. Natomiast z bardziej klasycznie perfumeryjnych woni, w otwarciu opisywanych perfum odnajdziemy również czarny pieprz. Który dodatkowo podkręca ich intensywność i wytrawność. Idźmy jednak dalej.
Jeśli w trakcie testów Martyr wydawało Wam się, że czujecie coś, co przypomina węgiel lub popiół, to nie byliście w błędzie. W środkowej fazie kompozycji deklarowana jest bowiem nuta yakisugi. Z tym, że yakisugi nie jest rzeczą, a metodą. Jest to, pochodzący z Japonii, sposób konserwacji drewna poprzez jego opalanie. Stąd właśnie wyczuwalna w sercu woń zwęglonych desek. Bardzo wyraźna. Dominująca. Ale zdecydowanie nie dusząca, jak to czasem bywa w przypadku tego typu aromatów. Czuć unoszący się z naszej skóry dym, nie drażni on jednak nozdrzy. Nieco więcej zieleni, a także swieżości, wnoszą natomiast igły sosny. Powoli, powoli, na wierzch wypływać zaczyna także zapowiedziana we wstępie nuta skóry. Którą oficjalny spis określa jako czarną. Jest to jednak tylko pewna sugestia, według mnie kolor nie ma bowiem wpływu na aromat. Pod kątem spójności i plastyczności budowanego obrazu taki opis działa jednak bardzo dobrze. Natomiast im bliżej jesteśmy bazy, tym bardziej całość staje się zmysłowa. Pojawiają się w niej słodkie żywice. A także kolejny zagadkowy składnik, określony enigmatycznie jako esencja drzew. Z tym, że dla mnie cała kompozycja jest wyraźnie drzewna, w związku z tym w końcówce nie wyczuwam nic aż tak unikatowego. Odnajduję w niej natomiast znajomą woń paczuli, której towarzyszy jeszcze mech dębowy.
Skupmy się teraz na parametrach użytkowych Martyra. Przy czym projekcję tych perfum opisałbym jako naprawdę dobrą. Podczas kilkudniowych testów nie miałem najmniejszych problemów, by wyczuć te perfumy na sobie. Oraz w przestrzeni wokół mnie. Z tym, że testowałem je głównie pracując z domu, nie miałem więc okazji zaobserwować reakcji otoczenia, podejrzewam natomiast, że zapach może być lekko inwazyjny. Jeśli zaś chodzi o jego trwałość, to są powody do zadowolenia. Dzieło Profundum znika bowiem ze skóry dopiero po upływie 12-14 godzin od aplikacji. Zdecydowanie warto też jednak odnotować, iż mamy tu do czynienia z koncentracją extrait de parfum (42%).
Całkiem ciekawie prezentuje się również flakon flakon recenzowanych dziś perfum. Przede wszystkim ze względu na swoją zatyczkę. Która kojarzyć się może z kamienną rzeźbą. Wykonana jest zaś ręcznie, przez co nie ma dwóch identycznych. A co dokładnie przedstawia? Interpretację pozostawię już Wam. Jeśli zaś chodzi o właściwą część buteleczki, to wykonana jest ona z przeźroczystego szkła, przez które widać zamkniętą w jej wnętrzu bursztynową ciecz. Niemal całą frontową ściankę pokrywa zaś napis informujący nas o nazwie zapachu. Widać też strzały i gwoździe (chyba). Całość prezentuje się bardzo unikatowo i zdecydowanie zwraca uwagę.
Podsumowanie dzisiejszej recenzji zacznę może od tego, że patrząc na spis nut, można by spodziewać się, że Martyr to perfumy niezwykle wręcz oryginalne. Tymczasem mamy tu do czynienia z typowym zapachem dymno-drzewnym. Mam wrażenie, że już wielokrotnie testowałem kompozycje o zbliżonym klimacie. Nie zmienia to natomiast faktu, że dzieło Profundum wypada lepiej niż wiele z nich. Czuć wysoką jakość wykonania, a malowany przez Dominika Scheidera obraz jest silnie sugestywny. Zwęglone trwa tlą się na naszej skórze otaczając nas obłokiem szarego dymu. I to praktycznie od początku do końca, ewolucja opisywanego pachnidła nie jest bowiem duża. Choć pewne zmiany oczywiście czuć. Jak choćby wtedy, gdy na scenie pojawia się sosna. Całość prezentuje się więc naprawdę dobrze i według mnie jest ciekawym wyborem na wieczorne wyjścia, jak również na chłodniejsze pory roku, zwłaszcza okres październik-listopad. Pasuje do obecnej wtedy za oknem szarości. Zachęcam jednak byście sami się o tym przekonali.
Martyr
Główne nuty: Nuty Drzewne, Żywice.
Autor: Dominik Schneider.
Rok produkcji: 2025.
Moja opinia: Polecam. (6/7)
