Vetiver 46 – brązowe cienie

Mam wrażenie, że od bardzo dawna nie recenzowałem już perfum, w których główną rolę odgrywałaby wetyweria. Stąd na bloga trafia dziś tekst poświęcony Vetiver 46. Jest to zapach z oferty amerykańskiej marki Le Labo, który powstał w 2006 roku. Za jego skomponowanie odpowiedzialny jest natomiast, znany między innymi ze współpracy z Comme des Garçons, Mark Buxton. Samo prezentowane dzisiaj pachnidło opisywane jest natomiast jako crème de la crème perfum wetiwerowych. Zaś notka na oficjalnej stronie Le Labo wskazuje między innymi na jego mroczny charakter. Zobaczmy zatem jak w rzeczywistości prezentują się te perfumy.

     Otwarcie Vetiver 46 jest wyraźnie przyprawowe. A najistotniejszą rolę odgrywa w nim czarny pieprz. Któremu towarzyszy jeszcze solidna porcja goździków. Przez co, od samego początku, zapach sprawia wrażenie silnie wytrawnego. Męskiego i surowego. Jednocześnie, już w jego głowie pojawia się również olibanum. Co sprawia, że całość ma w sobie coś zauważalnie dymnego. Jest to o tyle istotne, że wrażenie to nie znika wraz z przeminięciem pierwszej fazy kompozycji, ale towarzyszy nam także na jej kolejnych etapach. Smużki ciemnego dymu raz po raz ulatują z naszej skóry, przypominając nam o obecności dzieła Le Labo. Chciałbym też zauważyć, że kadzidłu, które tu czujemy bliżej charakterem do europejskich kościołów, niż wschodnich cerkwi czy meczetów. Jednocześnie, aby zbytnio nie przytłoczyć, Mart Buxton wprowadził do głowy Vetiver 46 bergamotkę. Jej subtelny, cytrusowy aromat rozjaśnia nieco początek zapachu.  

     Jeśli chodzi o tytułową wetywerię, to wydaje mi się, że najlepiej czuć ją w sercu recenzowanej kompozycji. Choć, wbrew temu czego możnaby się spodziewać, wcale nie jest tu ona pierwszoplanowa. Jej aromat jest zauważalny, ale jakby na drugim planie. Niesie jednak ze sobą wrażenie świeżości, jak również pewną delikatną zieleń. A także coś subtelnie orzechowego. Ustępuje jednak miejsca drzewnemu aromatowi cedru. Który, notabene, również wydaje mi się dość rześki. Przeciwwagę dla tych dwóch nut stanowi zaś labdanum. Jego żywiczna, ale też jakby kauczukowa, słodko-gorzka woń, momentami przejmuje władzę nad dziełem Le Labo. Co jest w sumie całkiem ciekawe, dzięki temu Vetiver 46  nie wydają mi się bowiem perfumami z jednym, głównym bohaterem. Niczym w kalejdoskopie, poszczególne akordy przesuwają się na pierwszy plan, by po pewnym czasie ustąpić miejsca swoim kolegom. Wśród których znajdziemy również, przypominające nam o dymnej stronie dzieła Le Labo, drewno gwajakowe. Nieco więcej słodyczy wnoszą natomiast ambra i wanilia. Tonują one wytrawny klimat ostatniej fazy zapachu, nadając mu więcej miękkości. Moim zdaniem, w końcówce dość wyraźnie czuć także piżmo, choć akurat oficjalna strona amerykańskiej marki milczy na temat jego obecności w składzie ich dzieła.

     Czas by odpowiedzieć na pytanie, jak prezentują się walory użytkowe recenzowanych dziś perfum. I jeśli mam być szczery, to moim zdaniem szału nie ma. Jeśli mówimy o projekcji opisywanego zapachu, to wydaje mi się ona przeciętna. A może nawet nieco poniżej normy. Mamy tu bowiem do czynienia z pachnidłem raczej dyskretnym. Żadnych latających w powietrzu noży czy uderzeń obuchem w łeb. Przyzwoicie prezentuje się natomiast trwałość kompozycji. Która wynosi 8-9 godzin od aplikacji. Warto też jednak pamiętać, że nasz dzisiejszy bohater występuje pod postacią eau de parfum.  

     Jak zawsze przed podsumowaniem, jeszcze kilka słów o flakonie, w którym dystrybuowane jest opisywane dziś pachnidło. W jego wypadku nie ma jednak niespodzianek. Vetiver 46 posiada bowiem typową dla marki Le Labo buteleczkę. Ma ona kształt walca, zaś ku górze zwęża się w formę kopuły. Na której szczycie osadzony jest, ukryty pod szarą, cylindryczną zatyczką, atomizer. Natomiast szkło flakonu jest całkowicie przeźroczyste, przez co łatwo dostrzec możemy zamkniętą w nim jasnożółtą ciecz. Jeśli zaś chodzi o etykietę, to ta jest biała, wyczytać z niej zaś możemy między innymi informacje o nazwie zapachu, jego marce, koncentracji, pojemności buteleczki oraz czasie przez jaki kompozycja pozostaje świeża.  

     Uważam, że Vetiver 46 to całkiem porządne perfumy drzewno-kadzidlane. Na pewno nie określiłbym ich jednak mianem wetiwerowych. A już na pewno nie crème de la crème tej kategorii. A to przede wszystkim dlatego, że tytułowa trawa przez większość czasu pozostaje w tle. Początek zapachu jest dymno-przyprawowy, a jego późniejsze fazy drzewne/drzewno-żywiczne. I tu pojawia się pewien problem. O ile bowiem ewolucję opisywanego pachnidła zdecydowanie nazwać można ciekawą, to fakt, że żadna nuta nie jest dominująca powoduje, że w moim odczuciu całości trochę brak charakteru. Oczywiście, zdaję sobie sprawą z ogólnego klimatu recenzowanych perfum, a ich aromat uważam za naprawdę przyjemny, brakuje mi tu jednak jakiejś kropki nad i. Czegoś, co sprawiłoby, że chcę wracać do Vetiver 46 i raz po raz przykładać nos do spryskanego tymi perfumami nadgarstka. Dzieło Marka Bucton’a wydaje mi się w pewnym sensie za bezpieczne. A Wy, co sądzicie o tych perfumach?

Vetiver 46
Główne nuty: Nuty Drzewne, Kadzidło.
Autor: Mark Buxton.
Rok produkcji: 2006.
Moja opinia: Warto poznać. (5/7)