1996 – rok niewinności
Inez Van Lamsweerde and Vinoodh Matadin to holendersko-amerykański duet fotografów, których zdjęcia prezentowane były w najważniejszych czasopismach modowych świata. Zaś w roku 1996 wykonali oni jedną ze swoich najsłynniejszych prac. Kojarzoną z niewinnością fotografię zatytułowaną Kirsten 1996. I to właśnie ona stała się inspiracją dla szwedzkiej marki Byredo do stworzenia 1996. Perfum mających nie tylko oddawać wspomniane wrażenie niewinności, ale również przywodzić na myśl ulotny charakter naszych przeżyć. Warto przy tym wspomnieć, że recenzowany dziś zapach opatrzony został podtytułem Inez & Vinoodh. Bez zbędnej zwłoki przekonajmy się jednak jak duży poziom nostalgii wzbudza to pachnidło.
Choć już od samego początku czuć, że mamy tu do czynienia z perfumami skórzanymi, to jednak w głowie 1996 główne role odgrywają inne nuty. Wyraźnie czuć bowiem drzewny aromat jałowca. Za jego sprawą początek zapachu jest wyraźnie wytrawny. A przy tym odrobinę dymny. Może się podobać. Szczególnie, iż mimo ewidentnie damskiej inspiracji czuć w nim silnie męski pierwiastek. Podkreślony jeszcze za sprawą ostrzejszej woni czarnego pieprzu. Którego przyprawowa pikanteria nadaje pierwszej fazie dzieła Byredo jeszcze większej wyrazistości. Otwarcie 1996 jest więc nie tylko aromatyczne, ale i żywe. Czuć bijącą od tych perfum energię. Z tym, że z czasem taki stan rzeczy zauważalnie się zmienia.
Serce opisywanej dziś kompozycji znacząco różni się od jej głowy. Choć samo przejście jest w miarę płynne. Do jego zbudowania posłużył zaś fiołek. Zawsze uważałem, że jego aromat ma w sobie coś męskiego, pozwala też jednak zgrabnie wprowadzić słodsze kwiatowe tony. Które czuć w dziele Byredo. Z tym, że w tej fazie zapachu najistotniejszą rolę odgrywa nie kwiat, a korzeń irysa. Dzięki obecności którego całość staje się zauważalnie bardziej kremowo-pudrowa. Wyraźniej skręca w kierunku pachnideł z dopiskiem pour femme. Jednocześnie, wyczuwany wcześniej wytrawny aromat 1996 zaczyna szybko zmieniać się w słodycz. I to taką dość intensywną. Aby jednak zapobiec (lub może raczej spowolnić) feminizację swojej kompozycji Jérôme Epinette umieścił w jej sercu nutę skóry. O której wspominałem już na wstępie. Warto jednak zauważyć, że zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z wonią surowym, znaną choćby z takich pachnideł jak Aramis. W prezentowanych perfumach skóra jest miękka i aksamitna. Przypomina zamsz. Szczególnie w bazie, kiedy to 1996 przybiera jeszcze na słodyczy. A dzieje się tak za sprawą wszechobecnej w końcówce nuty wanilii. Która wydaje mi się silnie budyniowa. Jej obecność powoduje, że zapach wydaje się wręcz kleić do skóry. Zauważalnie na niej ciąży. Wyraźnie syntetyczny akord ambrowy, zbudowany w oparciu o coś, co nazwano czarną ambrą, również nie pomaga. Sytuację próbuje jeszcze ratować paczula, jednak jej ostrzejszy aromat zupełnie nie przebija się przez słodką waniliowo-żywiczna zaporę.
Skoro opisałem już woń 1996, to teraz wypadałoby jeszcze poświęcić chwilę uwagi parametrom użytkowym tych perfum. A te stoją na bardzo wysokim poziome. Biorąc pod uwagę moje negatywne nastawienie do ich aromatu, trudno mi jednak określić to mianem zalety. Niemniej, projekcja prezentowanego zapachu jest naprawdę silna. Pod tym kątem dzieło Byredo z powodzeniem może stawać w szranki z pachnidłami Montale. Czuć je z daleka i zdecydowanie wykracza ono poza to, co określamy mianem strefy komfortu. Do tego dochodzi zaś jeszcze fenomenalna trwałość. Taka na poziomie 12-15 godzin. Oczywiście mamy tu do czynienia z wodą perfumowaną, ale taki wynik i tak może może robić wrażenie.
A jak prezentuj się flakon recenzowanych dziś perfum? Odpowiedź brzmi: klasycznie. W tym sensie, że mamy tu do czynienie ze wzorem typowym dla marki Byredo. Tak więc buteleczka ma kształt spłaszczonego walca i wykonana jest z przeźroczystego szkła. Na niej umieszczono zaś pokaźnych rozmiarów białą etykietę, z której wyczytać możemy nazwę zapachu, jego markę oraz koncentrację. Srebrny atomizer ukryty zaś został pod wykonaną z plastiku, czarną, kopulastą zatyczką. Wbudowany w nią magnes zapobiega samoistnemu otwarciu się flakonu, na przykład w trakcie podróży. Z kolei przez przejrzyste szkło dostrzec możemy zamknięta wewnątrz jasnobursztynową (czego, co ciekawe, nie widać na powyższej grafice) ciecz. Cały wzór to natomiast kwintesencja charakterystycznego dla Byredo minimalizmu.
Zamawiając próbkę 1996 miałem w stosunku do tych perfum większe oczekiwania. Tymczasem dzieło Byredo mocno mnie rozczarowało. W zasadzie ciekawe jest może przez pierwsze pół godziny, do momentu kiedy to jego wytrawny początek miesza się z fiołkiem i irysem. Potem coraz wyraźniej następuje zaś wysładzanie kompozycji. Całość staje się płaska i banalna. Jakby leniwa. Brakuje jej zarówno dynamiki jak i wyrazistości. Przez co bardziej niż z wyrafinowanymi perfumami kojarzy mi się z zapachem dla plastikowych lolitek. Co biorąc pod uwagę syntetyczną końcówkę 1996 pasuje w sumie całkiem nieźle. Od bijącej od dzieła Jérôme Epinette’a słodyczy aż bolą zęby. W dodatku, w zapachu nie ma nic charakterystycznego. Nic, co sprawiałoby, że zostanie on w naszej pamięci na dłużej niż do czasu odparowania ze skóry. Dla mnie jest to kompozycja nikomu do niczego nie potrzebna a do tego w żaden sposób nie kojarząca się z kultową fotografią stanowiącą inspirację do jej powstania. Ciekaw jestem czy Inez i Vinoodh są zadowoleni z takiego hołdu.
1996
Główne nuty: Skóra, Ambra, Wanilia.
Autor: Jérôme Epinette.
Rok produkcji: 2013.
Moja opinia: Nie polecam. (3/7)
