Bibliothèque – gdy czas staje w miejscu

W przypadku naszego dzisiejszego bohatera mamy do czynienia z ciekawą historią. Oryginalnie Bibliothèque był bowiem świecą zapachową. A potem aromatem do pomieszczeń. Dopiero z czasem, pod wpływem licznych próśb klientów został zaś włączony do oferty Byredo jako perfumy.  A miało to miejsce w 2017 roku. Po niemal dziesięciu latach od premiery, zapach trafia natomiast na Agar i Piżmo. Wybrałem go zaś ze względu na inspirację tytułową biblioteką. I znajdującymi się w niej oprawnymi w skórę tomami. W tej kompozycji szwedzka marka przedstawia nam bowiem aromat miejsca, w którym zatrzymał się czas. Bez dalszej zwłoki zapraszam więc na spotkanie z Bibliothèque! 

     Dość zaskakująco (przynajmniej dla mnie) recenzowane dziś perfumy rozpoczynają się akordem owocowym. W którym prym wiedzie śliwka. Słodka i jakby marmoladowa. Czy może raczej powidłowa. Jednocześnie, dzięki niej otwarcie kompozycji sprawia wrażenie lekko mrocznego. Ale tylko lekko. Zwłaszcza, że obok śliwki pojawia się w nim jeszcze brzoskwinia. Co do zasady, lubię jej aromat, choć uważam, że posiada on raczej kobiecy wydźwięk. Ale nie w dziele Byredo. Tutaj jest on zdecydowanie uniwersalny. A do tego nadaje pierwszej fazie Bibliothèque lekkości. Jednocześnie, oficjalna strona szwedzkiej marki wskazuje, że w głowie zapachu obecny jest również cynamon, nie udało mi się go jednak zauważyć. Z czasem pojawiają się za to kolejne niespodzianki.

     Serce prezentowanego dziś pachnidła zbudowane zostało w oparciu o nuty kwiatowe. Spośród nich na pierwszy plan wybija się zaś fiołek. Który nadaje całości nieco bardziej surowego oblicza. Być może to właśnie on odpowiada również za to, że wspomniana wyżej brzoskwinia nie przeciąga kompozycji na damską stronę. Jego aromat od zawsze wydaje mi się bowiem typowo męski. Choć akurat w środkowej fazie Bibliothèque znajdziemy jeszcze jeden składnik, który mógłby nadać zapachowi więcej kobiecości. A jest nim piwonia. Z tym, że według mnie jej obecność nie wpływa jakoś znacząco na ogólny kształt recenzowanych perfum. Jedynie nieco podbija ich słodycz. Która utrzymana jest jednak w granicach mojej normy. Nie nazwałbym dzieła Byredo słodkim. Być może również ze względu na to, co dzieje się w jego bazie. A w niej (w końcu) pojawiają się akcenty, które silniej kojarzą się z tytułowa biblioteką. Przede wszystkim skóra. Wytrawna, choć moim zdaniem skręcająca nieco w kierunku zamszu. Jej aromat bez dwóch zdań pogłębię jednak kompozycje i nadaje jej charakteru. Ponadto, ciekawie komponuje się z innymi obecnymi w Bibliothèque nutami. Wśród których odnajdziemy też jeszcze paczulę i brzozę. I to właśnie ich obecność nasuwać ma nam skojarzenie ze stronnicami bibliotecznych ksiąg. Ale czy rzeczywiście tak się dzieje? Według mnie tak, choć tylko do pewnego stopnia. Na pewno całość staje się wytrawniejsza i bardziej drzewna. Można doszukać się w niej czegoś papierowego. Jednocześnie, aby jeszcze wzbogacić kompozycję, w jej ostatniej fazie pojawiają się także wanilia i piżmo. Końcówka jest więc aromatyczna, a zarazem całkiem przyjemna dla nosa.

     Chciałbym teraz poświęcić chwilę uwagi parametrom użytkowym Bibliothèque. Na pierwszy ogień pójdzie zaś projekcja. Którą w przypadku tych perfum uważam za dobrą. Zapach jest łatwo wyczuwalny zarówno na skórze jak i w przestrzeni dookoła nas. Nie powinien jednak przeszkadzać ludziom wokoło. Co również uznaję za plus. Jeśli natomiast chodzi o trwałość kompozycji, to tę także uważam za całkiem niezłą. W moim wypadku plasowała się ona w granicach 7-9 godzin od aplikacji. Należy przy tym jednak pamiętać, że opisywana dziś kompozycja ma postać wody perfumowanej.

     Rzućmy jeszcze szybko okiem na flakon, w którym dystrybuowane jest dzieło Byredo. Choć większych zaskoczeń tu nie ma. Jest to bowiem typowy wzór stosowany przez szwedzką markę. Tak więc, buteleczka ma kształt spłaszczonego walca, a sporą jej część pokrywa biała etykieta. Z której wyczytać możemy informacje o nazwie zapachu, jego producencie oraz koncentracji. Srebrny atomizer schowany zaś został pod wykonaną z plastiku, czarną, kopulasta zatyczką z wbudowanym magnesem. Całość prezentuje się minimalistycznie, moim zdaniem może jednak być ozdobą niejednej toaletki.

     Czy recenzowane dziś perfumy kojarzą mi się z biblioteką? Szczerze mówiąc nie bardzo. Czy mi się podobają? Zdecydowanie tak. Uważam, że Bibliothèque to zapach całkiem oryginalny, z ciekawą ewolucją. Zaczyna się owocowo, przechodzi przez kwiatowe serce, kończy się zaś drzewnie z domieszką wanilii. A przy tym ani na chwilę nie przechyla się w kobiecą stronę. Pasuje zarówno paniom jak i panom. Zresztą, ogólnie, uważam uniwersalność tej kompozycji za jedną z jej większych zalet. Dzieło Byredo dobrze sprawdzi się podczas większości okazji. A jego aromat może pozwolić Wam zwrócić na siebie uwagę i wyróżnić z tłumu. Wcześniej nie wspomniałem natomiast, że całość ma w sobie coś pudrowego. Co przekłada się również na specyficzne wrażenie miękkości. Oraz zmysłowości. Które całkiem mi się podobają. Z tego względu polecam chociaż testy Bibliothèque. Może i Was dzieło Byredo zaskoczy tak pozytywnie jak mnie.

Bibliothèque
Główne nuty: Owoce, Skóra.
Autor: Jérôme Epinette.
Rok produkcji: 2017.
Moja opinia: Polecam. (6/7)