Contre-Jour – pod prąd
We wpisie poświęconym Monsieur. wspominałem, że z oferty Frédéric’a Malle zrecenzowałem już większość perfum, które chciałem poznać. Z oczywistych względów komentarz ten nie odnosił się jednak do zapachów powstałych już po dacie wspomnianej recenzji. Takich jak na przykład nasz dzisiejszy bohater. Contre-Jour to bowiem kompozycja, której premiera przypadła na pierwszą połowę bieżącego roku. Jej autorką jest zaś bardzo przeze mnie ceniona francuska perfumiarka - Annick Ménardo. Po niedawnej recenzji niemal już klasycznych Bvlgari Black cieszę się więc, że teraz mam okazję poznać jedno z jej nowszych dzieł. Przy czym recenzowane dziś pachnidło jest jej pierwszym dla francuskiej marki. Posiada też dość intrygujący opis. Wskazuje on bowiem, że wymyka się ono przyjętym perfumeryjnym kanonom. Hołduje natomiast wolności. Już sama jego nazwa, którą przetłumaczyć można jako pod światło i która nawiązuje do techniki malarskiej i fotograficznej, wskazuje na podążanie nie z prądem, a przeciw niemu. Przekonamy się jednak jak to wygląda w praktyce.
Oficjalny spis nut Contre-Jour jest dość krótki. Zaś zgodnie z Fragranticą i Basenotes, w ich głowie odnajdziemy jedynie nieśmiertelnik. Tyle, że na mojej skórze dzieło Annick Ménardo rozwija się zgoła inaczej. Jako pierwszą czuję w nim bowiem różę. Taką w pełni rozkwitu. Słodką, dorodną i nieco (ale tylko nieco) marmoladową. Od samego początku królowa kwiatów nadaje recenzowanych perfumom zmysłowości. Nie przytłacza jednak swoim aromatem, ani nie dominuje. Wydaje mi się, że żeby zapobiec tym wrażeniom, do zapachu wprowadzono też odrobinę geranium. Przez co więcej w nim ziołowej świeżości, a nawet lekko cytrusowego błysku. Szybko da się też zauważyć pewną pikanterię, której nie jestem jednak w stanie przypisać do żadnej konkretnej nuty. Natomiast w miarę upływu czasu, róża nie znika z pierwszego planu, zaczyna za to dzielić go z innym składnikiem.
Wspomniany już powyżej aromat nieśmiertelnika dla mnie dużo wyraźniejszy niż w głowie staje się w sercu opisywanej kompozycji. Nieraz pisałem, że lubię tę nutę i mam w swojej kolekcji zapachy, w których odgrywa ona główną rolę. To, czy przypadnie mi do gustu zależy jednak od sposobu w jaki zostanie podana. Jej woń balansuje bowiem między słodyczą a wytrawnością. Ja zaś preferuję, gdy podkreślone zostaje to drugie. W Contre-Jour Annick Ménardo poszła jednak w przeciwnym kierunku. Co nie znaczy jednak, że określiłbym ten zapach jako słodki. Choć pojawia się w nim coś wyraźnie miodowego. Czy może raczej nektarowego. Typową dla nieśmiertelnika goryczkę przesunięto zaś na dalszy plan. Choć (na szczęście) wciąż ją tu czujemy. Przez co dzieło Frédéric’a Malle buduje subtelne wrażenie suchości. Całość jest również zauważalnie ciepła, co w przypadku zapachów z różą w temacie nie powinno jednak dziwić. Tym bardziej, że w sercu pojawia się jeszcze narcyz. Warto także zwrócić uwagę, iż rozwój tych perfum nie jest liniowy, a nieśmiertelnik i róża splatają się ze sobą, na zmianę przejmując w nich pierwsze skrzypce. Co wypada moim zdaniem niezwykle przekonywująco. Nieco słabiej prezentuje się natomiast zbudowana w oparciu o drewno sandałowe końcówka zapachu. Łagodna, a zarazem sensualna, nie wnosi za wiele do całej kompozycji, na dłużej utrzymuje ją jednak na ciele.
Przyjrzyjmy się teraz nieco bardziej szczegółowo parametrom użytkowym prezentowanych dziś perfum. Jeśli chodzi o projekcję Contre-Jour, to uważam, że jest ona w normie. Wyczuwam ten zapach w przestrzeni wokół siebie, nie uznaję go jednak za specjalnie intensywny, ani za nad wyraz słaby. Jest ok. Pochwalić mogę natomiast jego trwałość. Ta jest bowiem naprawdę dobra i wynosi około 10-11 godzin od aplikacji. Warto jednak mieć na uwadze fakt, iż opisywana kompozycja występuje pod postacią wody perfumowanej.
Recenzowane dziś perfumy, to pierwsza premiera francuskiej marki, odkąd odszedł z niej Frédéric Malle. W żaden sposób nie wpłynęło to jednak na wzór flakonów, w których dystrybuowane są jej produkty. A zatem, niezmiennie, mamy, tu do czynienia z wykonaną z przeźroczystego szkła walcowatą buteleczką, którą zdobi poprzeczna, czarna etykieta. Na niej odnaleźć zaś możemy informacje o nazwie zapachu (na czerwono), jego autorze oraz producencie (na biało). Całość uzupełniona jest zaś o czarną zatyczkę z wbudowanym w podstawę magnesem oraz umieszczonym na wierzchu logo Editions de Parfums Frédéric Malle. Przez przejrzyste szkło flakonu widzimy zaś zamkniętą w nim jasnożółtą ciecz.
Contre-Jour to kolejne w ostatnich miesiącach perfumy, których jednoznaczna ocena nastręcza mi pewnych trudności. Nie mam bowiem wątpliwości, że zapach jest niezwykle misternie zbudowany. A do tego naprawdę ciekawy. Może także dawać użytkownikowi spore poczucie komfortu. Zupełnie nie trafia natomiast w mój gust. Nie jestem (i chyba już nigdy nie będę) miłośnikiem róży, zaś nieśmiertelnik wolę w bardziej suchej, wytrawnej postaci. I choć podczas testów recenzowanych dziś perfum nie czułem dyskomfortu, to daleko mi było również do odczuwanego nieraz dreszczyku ekscytacji. Zwłaszcza, że dzieło Annick Ménardo bardzo szybko odsłania przed nami wszystkie swoje karty, gra zaś głownie natężeniem poszczególnych nut. Co niewątpliwie pokazuje talent francuskiej mistrzyni, niekoniecznie jednak musi się podobać. Jeśli zaś miałbym sformułować jakiś konkretny zarzut pod adresem Contre-Jour, to powiedziałbym chyba, że dla mnie perfumy te są jakby za miękkie. W tej kwestii zostawiam Wam jednak przestrzeń do polemiki. Gdybym natomiast miał przyrównać ten zapach do techniki fotograficznej, to dla mnie byłaby to sepia.
Contre-Jour
Główne nuty: Róża, Nieśmiertelnik.
Autor: Annick Ménardo.
Rok produkcji: 2026.
Moja opinia: Warto poznać. (5/7)
