Prezent dla niej – No 5
Po dziewięciu latach prowadzenia bloga w końcu zabrałem się na odwagę i postanowiłem zmierzyć z jednym z największych, obok Shalimar, klasyków kobiecej perfumerii. A mowa oczywiście o No 5 od Chanel. Zapachu powstałym w 1921 roku za sprawą Ernesta Beaux, tworzącego między innymi dla ówczesnego cara Rosji. Natomiast z prezentowaną dziś kompozycją wiąże się legenda, jakoby Beaux przedstawił Coco Chanel kilka próbek swoich pachnideł do testów w ciemno, kreatorka wybrała zaś piątą z nich. Stąd nazwa recenzowanych perfum. Ale ile w tym prawdy naprawdę trudno stwierdzić. Z pełnym przekonaniem mogę natomiast napisać, że zadaniem Francuza było stworzenie perfum dla nowoczesnej kobiety – niezależnej i pewnej siebie. Dla porządku dodam też jeszcze, że dzisiejszy wpis nie dotyczy oryginalnej wersji zapachu, ale tego, co obecnie dostępne jest na sklepowych półkach. Czyli edycji z 1986 roku, autorstwa Jacques’a Polge’a.
No to zaczynamy! A że w dziele Chanel od samego początku sporo się dzieje, to jest o czym pisać. Głowa kompozycji jest niezwykle żywa. Za sprawą hojnie wykorzystanych aldehydów wręcz musuje na skórze. Dzięki czemu zapach sprawia również wrażenie naprawdę przestrzennego. Jednak w jego pierwszej fazie odnajdziemy też wątek cytrusowy. Wprowadzony do No 5 za sprawą bergamotki. Przez co całość zyskuje na rześkości. Nieco więcej słodyczy, oraz elegancji, przydaje mu natomiast neroli. Jednocześnie, z recenzowanymi perfumami jest pewien problem. Ze względu na ich olbrzymią popularność oraz liczne klony, ich aromat wydawać się może oklepany. Dziś na pewno mało kto postrzegać go będzie jako oryginalny. Co może nieco przeszkadzać we właściwym docenieniu dzieła Chanel. Idźmy jednak dalej.
Ponieważ w przypadku naszego dzisiejszego bohatera mamy do czynienia z klasycznym (dosłownie) zapachem dla kobiet, to fakt, że jego serce zbudowane zostało w oparciu o kwiaty nikogo nie powinien dziwić. Odnajdziemy w nim między innymi irysa, którego chłodny aromat podkreśla elegancki charakter kompozycji. Wyrafinowania i zmysłowości dodaje im natomiast róża majowa. Ważną rolę odgrywa też jednak cieplejsza woń jaśminu. Nie bardzo wyczuwam za to deklarowaną na tym etapie No 5 konwalię. Jednocześnie, całość obleczona została w kremowo-owocową nutę brzoskwini. Dzięki czemu dzieło Jacques’a Polge’a zyskało jeszcze na kobiecości. Stopniowo, zapach wytraca też swoją początkową świeżość. Staje się bardziej szykowny. Natomiast wspomniana kremowość zauważalna jest również w bazie kompozycji. Do której przeciągnięto ją za sprawą takich składników jak ylang-ylang i drewno sandałowe. Łatwo też jednak zauważyć obecność wanilii. Z tym, że z czasem na pierwszy plan wysuwają się nuty drzewne. A oprócz wspomnianego sandałowca, znajdziemy tu mech dębowy, paczulę i wetywerię. Końcówka ma więc nieco więcej pazura. Pozostaje jednak wysublimowana.
Nadszedł czas, by przyjrzeć się parametrom użytkowym No 5. Na początek ich moc. A ta jest moim zdaniem ponadprzeciętna. Dzieło Jacques’a Polge’a projektuje naprawdę wyraźnie i łatwo wyczuć je w przestrzeni wokół mającej je na sobie osoby. Według mnie nie drażni jednak otoczenia. Moją przychylność zyskuje natomiast również swoją trwałością. Ta jest bowiem bardzo dobra i wynosi 9-11 godzin od aplikacji na skórę. Warto jednak pamiętać, iż mamy tu do czynienia z wodą perfumowaną.
To jeszcze parę słów o flakonie recenzowanego dziś pachnidła. A ten jest w sumie dość prosty. Wykonana z przeźroczystego szkła buteleczka ozdobiona jest minimalistyczną, białą etykietą. Na której wypisane zostały nazwa zapachu, jego marka oraz koncentracja. Natomiast nasada atomizera pomalowana została złotej barwy farbą. Dostrzec tam możemy również subtelne logo Chanel. Z kolei zatyczka jest masywna, zaś swoją przejrzystością dopasowuje się do reszty wzoru. Uwagę zwraca także zamknięta we wnętrzu buteleczki żółto-pomarańczowa ciecz.
Gdy myślę o No 5, to mam coś takiego, że w głowie zawsze pojawia mi się obraz ubranej w czarną, wieczorową suknię bez pleców kobiety. Nie widzę jej twarzy, ale czuję jej zapach. To właśnie dzieło Chanel. W kompozycji tej jest bowiem mnogość wrażeń. Elegancja, zmysłowość, kobiecość. Wszystkie one składają się zaś na to, iż postrzegam recenzowane perfumy jako naprawdę piękne. Choć według mnie nie każdej kobiecie będą pasować. Pod tym względem zgadzam się z Gabrielle Chanel. No 5 to kompozycja dla kobiet niezależnych i pewnych siebie. Stanowi doskonałe uzupełnienie tych cech. Kogoś słabszego może po prostu przytłoczyć. Zupełnie nie wyobrażam sobie na przykład, żeby zapachu tego używały nastolatki. Byłoby to wręcz groteskowe. Wracając jednak do samego aromatu, podoba mi się to jak jest zmienny i jak różne obrazy maluje. Jest w nim artystycznego, jakaś nieuchwytna maestria. Doskonale rozumiem czemu te perfumy doczekały się tylu naśladowców. Choć jest to hołd, który paradoksalnie im zaszkodził.
No 5
Główne nuty: Aldehydy, Nuty Drzewne.
Autor: Ernest Baux/Jacques Polge.
Rok produkcji: 1921/1986.
Moja opinia: Polecam. (6/7)
