Skóra z Łotra – skórzana niespodzianka
Nasz dzisiejszy bohater, Skóra z Łotra, to drugie chronologicznie perfumy w ofercie House of Aran. I drugie, które trafiają na bloga. Podobnie jak w przypadku Kocanki, także i tutaj za inspirację do powstania zapachu posłużyły wspomnienia z dzieciństwa autora, Tomka Jakusza. Tym razem sięgnął on jednak do innych reminiscencji. Zarówno jego ojciec jak i dziadek były bowiem kaletnikami. A ich warsztat wypełniony był aromatami skór. Nie może zatem dziwić fakt, że to właśnie ta nuta stała się motywem przewodnik recenzowanego dziś pachnidła. Przekonajmy się jednak w jaki sposób została przedstawiona.
Zacznę może od tego, że podczas prac nad Skórą z Łotra Tomkowi przyświecała idea stworzenia perfum z silnie dominującym akordem skórzanym. Dlatego jego dzieło znacząco różni się od wielu dostępnych obecnie na sklepowych półkach zapachów. Sam również nie będę ukrywał, że już przy pierwszym teście moje skojarzenia pobiegły w stronę powstałego w latach 60. XX wieku Aramisa. Nie dlatego, że obie kompozycje mają podobny bukiet, ale właśnie ze względu na silną ekspozycję głównego składnika. Przez co pachnidło House of Aran wydało mi się nieco retro. Ale w pozytywnym znaczeniu. Natomiast sama głowa recenzowanej kompozycji zbudowana jest przede wszystkim w oparciu o owoce. Słodycz brzoskwini i moreli łagodzi nieco surowość otwarcia. Zaś cytrusowy aromat bergamotki jest niczym smagnięcie bicza – krótki i ostry. Do tego dochodzi jeszcze piwonia, dla mnie niewyczuwalna tu jako samodzielna nuta.
W sercu zapachu wkraczamy do królestwa skóry. Choć oczywiście jej wytrawny aromat wyczuwalny był już w głowie dzieła House of Aran. Jednak teraz przybiera jeszcze na sile. Jest męski, surowy. Ale z pewnym twistem… W środkowej fazie Skóry z Łotra odnaleźć można bowiem coś pudrowego. Co za pierwszym razem naprawdę mnie zaskoczyło. Ten wątek, zbudowany najpewniej w oparciu o heliotrop (Tomek wspomina mi w mailu o sięgnięciu po heliotropinę) i jaśmin, nadaje kompozycji wielowymiarowości. I nieoczywistości. Dodatkowo, owocowe akcenty z otwarcia kontynuowane są przy pomocy osmantusa. Obok którego pojawiają się pierwsze nuty drzewne i żywiczne. Póki co jeszcze bezkształtne, dopiero z czasem zyskujące konkretną formę. W bazie istotną rolę odgrywa bowiem sandałowiec. Tonuje on, nadal dominujący opisywane perfumy, aromat skóry i nadaje mu bardziej przystępnej postaci. Obok niego znajdziemy zaś cedr i mech dębowy. Dla mnie kluczowe jest jednak co innego. Po pewnym czasie Skóra z Łotra staje się bowiem wyraźnie dymna. Przy czym dym ten ma w sobie coś wyraźnie wędzonego. I to tak naprawdę wyraźnie. Dlatego zdziwiłem się, gdy w spisie nut zamiast spodziewanego gwajakowca znalazłem tytoń i oud. Choć obecność tego drugiego i tak trochę podejrzewałem. Na dokładkę, w ostatniej fazie zapachu pojawiają się jeszcze nuty zwierzęce. Co do męskiego charakteru opisywanego pachnidła nie można więc mieć wątpliwości.
Zobaczmy teraz jak Skóra z Łotra prezentuje się pod kątem swoich parametrów użytkowych. Jeśli chodzi o projekcję, to moim zdaniem jest ona nieco poniżej umiarkowanej. Jedynie przez pierwszą godzinę zapach pozostaje dobrze wyczuwalny w przestrzeni wokół nas. Po tym czasie sadowi się zaś zdecydowanie bliżej skóry. Plusem jest natomiast to, przez jak długi czas się na niej utrzymuje. Trwałość kompozycji jest bowiem bardzo dobra i około wynosi 10-12 godzin od aplikacji. Przypomnę też jednak, że podobnie jak Kocanka, także i nasz dzisiejszy bohater występuje pod postacią ekstraktu perfum.
A jak wygląda flakon, w którym dystrybuowane jest recenzowane dziś pachnidło? Niewielka buteleczka wykonana jest z przeźroczystego szkła, które ku górze układa się w kształt kopuły. Natomiast spora jej cześć pokryta jest skórzaną (a jakże!) etykietą. Na której znaleźć można informacje o nazwie zapachu, jego marce, wraz z logo, oraz koncentracji kompozycji. Zaciekawiło mnie również to, że w słowie Łotra zamiast klasycznego Ł użyto £. Nie wiem jaki jest ku temu powód, ale dopytam. Natomiast jeśli chodzi o zatyczkę, to ta jest drewniana i ma kształt smukłego walca. Całość prezentuje się spójnie i może wzbudzać zainteresowanie.
Nie będę ukrywał, że po pierwszych testach planowałem ocenić Skórę z Łotra niżej niż to finalnie zrobiłem. Dopiero z biegiem czasu zapach zaczął bowiem odsłaniać przede mną swoje sekrety. Wyraźniej dostrzegłem cytrusowy błysk w otwarciu, subtelną pudrowość w sercu oraz obecną w bazie woń wędzonego drewna. Oczywiście, nad wszystkim tym góruje przewodni akord skórzany i dlatego z początku kompozycja wydała mi się silnie liniowa i mało dynamiczna. W rzeczywistości jest jednak zdecydowanie bardziej zniuansowana. A przy tym nieoczywista. Potrafi zaskakiwać. A to, moim zdaniem, w perfumach bardzo duży plus. Uważam również, że Tomek bardzo trafnie dobrał nazwę swojego dzieła. Przez to, że całość ma w sobie coś retro, to słowo łotr pasuje do niej jak ulał. Zresztą, w głowie jakoś automatycznie przetłumaczyłem to sobie na angielskie Rogue’s Leather i pomyślałem, że gdybym zobaczył zapach o tej nazwie na sklepowej półce na pewno bym po niego sięgnął. Do czego zresztą zachęcam także i Was.
Skóra z Łotra
Główna nuta: Skóra.
Autor: Tomasz Jakusz.
Rok produkcji: 2025.
Moja opinia: Polecam. (6/7)
