Moscow Mule – koktajl bez procentów
Moscow Mule to popularny drink przygotowywany poprzez zmieszanie wódki, ginger ale i soku z limonki. To jednak także nazwa perfum marki Juliette has a gun, inspirowanych tym właśnie koktajlem. A także samą Moskwą. I to właśnie one są bohaterem niniejszej recenzji. Prezentowany zapach powstał w 2017 roku, a za jego skomponowanie, podobnie jak to miało miejsce w przypadku opisywanego niedawno Ex Vetiver, odpowiedzialny jest Romano Ricci. Z tym, że nasz dzisiejszy bohater posiada zgoła odmienny charakter. Określenia takie jak upojny, niebezpieczny i nie do zapomnienia rozbudziły moją ciekawość. Zobaczmy zatem jak w rzeczywistości pachnie Moscow Mule.
Otwarcie recenzowanych dziś perfum jest wyraźnie cytrusowe. I trudno żeby było inaczej. Ale nie tylko ze względu na rolę jaką odrywają one w koktajlu. W głowie dzieła Juliette has a gun wyraźnie czuć słodko-kwaśny aromat limony. Któremu towarzyszy jeszcze, bardziej klasyczna, bergamotka. W efekcie pierwsze sekundy kompozycji emanują świeżością. Zapach jest jasny i radosny. A wrażenie te podkręcono jeszcze przy pomocy imbiru. Co ciekawe, według mnie nie wydaje się on tu wcale pikantny. Przeciwnie, Romano Ricci podkreślił raczej jego słodką stronę. Bez zmian pozostał natomiast ciepły charakter tej przyprawy, wpływający na podwyższenie temperatury całego opisywanego dziś pachnidła. W efekcie głowa Moscow Mule jest całkiem przyjemna i zachęca do dalszego zapoznania się z dziełem francuskiej marki. Niestety, przemija naprawdę szybko.
W zaledwie kilka sekund po aplikacji na skórę, prezentowane dziś perfumy zaczynają zmieniać swój charakter. Faza głowy ustępuje miejsca sercu. W którym najważniejszą rolę odgrywa wątek białokwiatowy. Zbudowano go zaś przede wszystkim w oparciu o aromamolekułę Hedione. Jej jaśminowy aromat jest tu łatwo wyczuwalny, przy czym podkreśla on także słoneczny klimat kompozycji. W tym miejscu pojawia się też jednak pierwszy zgrzyt. Stworzone przez Romano Ricci’ego pachnidło zaczyna bowiem wpadać w syntetyczne klimaty. Na tym etapie nie jest to może jeszcze aż tak wyczuwalne, ale z czasem wrażenie to staje się coraz silniejsze. Na pierwszy plan wychodzi Iso E Super, a wraz z jego pojawieniem się całość zauważalnie traci na naturalności. Przy czym w sercu zapachu przeciwdziałać temu ma jeszcze jedna nuta. Którą jest jabłko. Sięgnięcie po ten składnik można by uznać za intrygujący zabieg, gdyby nie to, że ja wcale go tu nie czuję. Gdybym nie przeczytał o nim w spisie nut, nigdy sam nie wpadłbym na jego trop. Natomiast im bliżej jesteśmy bazy zapachu, tym bardziej chemiczny się on staje. Czuć wszechobecne, pachnące tanim mydłem piżmo. Które obecne tu jest pod postacią aromamolekuły Ambretolide, imitującej aromat nasion ambrette, będących naturalnym substytutem piżma. W końcówce pojawia się też jeszcze wątek ambrowy, zbudowany na Ambroxanie i Nortimbanolu, jednak i on nie wypada tu przekonująco. Całość jeszcze sztuczna i nieprzyjemnie drażni nozdrza.
A teraz kilka słów o parametrach użytkowych Moscow Mule. Jeśli chodzi o moc tych perfum, to powiedziałbym, że jest ona przeciętna. Dzieło Juliette has a gun posiada umiarkowaną projekcję, tak iż potrafię bez większych problemów wyczuć je na sobie, dla otoczenia nie jest już jednak takie ewidentne. Gdy natomiast przyjrzymy się trwałości recenzowanego zapachu, to okaże się, że jest ona naprawdę dobra. A wynosi około 8-10 godzin. Co dla wody perfumowanej jest już zadowalającym wynikiem. Biorąc jednak pod uwagę obecną w kompozycji ilość syntetyków, trudno było spodziewać się innego.
Zobaczmy też jak prezentuje się flakon recenzowanych dziś perfum. Walcowata buteleczka wykonana jest z przeźroczystego szkła pokrytego cienką warstwą białej farby. Dzięki czemu łatwo monitorować poziom zamkniętej we wewnątrz bezbarwnej cieczy. Widzimy także typowy dla francuskiej marki brak etykiety. Zarówno nazwa zapachu jak i jego producenta wypisane są bezpośrednio na szkle. Do tego celu użyto zaś czcionki w kolorze miedzi. Czyli takim samym jak kubki, w których serwuje się koktajl Moscow Mule. Tej samej barwy jest również zatyczka, przez co całość wygląda spójnie i elegancko.
Choć to dopiero drugie podejście, to póki co moje doświadczenia z perfumami Juliett has a gun nie są najlepsze. Przy czym, o ile Ex Vetiver trzymały jeszcze w miarę przyzwoity poziom, to Moscow Mule w żadnym wypadku nie zasługują na pochwały. No, może poza fazą głowy. Która jest jednak tak krótka, że nie może mieć wpływu na ocenę całości. Reszta zapachu to już mieszanka laboratoryjnych aromatów, wśród których dominuje syntetyczne piżmo. Całość pachnie tanio i banalnie. Pomijając już brak naturalności, w samym zapachu niewiele się dzieje. Piżmo i jaśmin dominują na tyle silnie, że przysłaniają wszystkie inne elementy kompozycji, spłaszczając tym samym jej olfaktoryczne spektrum. W związku z tym nie mogę się zgodzić z określeniem Moscow Mule jako pachnidła nie do zapomnienia. Przeciwnie, w mojej pamięci nie zostawiło ono po sobie najmniejszego śladu.
Moscow Mule
Główne nuty: Cytrusy, Piżmo.
Autor: Romano Ricci.
Rok produkcji: 2017.
Moja opinia: Nie polecam. (3/7)
