Patchouli 24 – bez pardonu

Dawno już nie miałem okazji recenzować perfum autorstwa Annick Ménardo. Dlatego też bardzo ucieszyło mnie odkrycie, Francuzka jest autorką kompozycji, na której testy jakiś czas temu się zdecydowałem. A chodzi o Patchouli 24 od Le Labo. Do decyzji o przygotowaniu recenzji zachęcił mnie zaś między innymi opis na oficjalnej stronie amerykańskiej marki. Z którego wyniki, że w pachnidle tym paczula jest raczej trudno wyczuwalna. Co jest o tyle ciekawe, że mamy tu do czynienia z nuta o niezwykle charakterystycznym aromacie. Przy czym wymieniona notka wspomina jeszcze o olfaktorycznym szoku przełamanym spokojem i delikatnością. Zobaczmy zatem jak wrażenia te wypadają w rzeczywistości.

     Gdy pierwszy raz powąchałem Patchouli 24 przeszedł mnie dreszcze ekscytacji. Choć zdawałem sobie sprawę, że to tylko nuta głowy, to jednak gdzieś pod skórą czułem, że recenzja, którą zamierzam przygotować, będzie pozytywna. Ale co takiego znajdziemy w głowie perfum Le Labo? Przede wszystkim niezwykle silny aromat smoły brzozowej. Takie otwarcie musi robić wrażenie, choć nie każdemu przypadnie oczywiście do gusty. Czuć tu jednak naprawdę wiele. Dolatujący do naszych nozdrzy aromat jest wyraźnie drzewny i dymny. Momentami pachnie nawet lekko wędzonką, co sprawiło, iż podejrzewałem, że w głowie Patchouli 24 obecne jest też drewno gwajakowe. Ale nie. Doczytałem natomiast, że guaiacol występuje również w smole brzozowej. Jednocześnie, początek opisywanego zapachu jest także zauważalnie balsamiczny. A wrażenie to nieco łagodzi szok z otwarcia. Ponadto, czuć tu także pewne skórzane niuanse, który szybko jednak znikają. Z tym, że wrócą jeszcze w bazie kompozycji.

     Pomimo nazwy, Patchouli 24 nie są perfumami stricte paczulowymi. Przez większość czasu pierwszoplanową rolę odgrywa w nich wspomniana smoła brzozowa. A paczula dołącza do niej dopiero w sercu. I pachnie tak, jak lubię. Drapieżnie, cieleśnie, nieco ziemiście. Z subtelnym pierwiastkiem czegoś fekalnego. Zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z jej ułagodzoną wersją, jaką znaleźć można w wielu perfumach mainstreamowych. Pod tym kątem dzieło Le Lebo silnie zaznacza swoją oryginalność. Istotną rolę w środkowej fazie zapachu odgrywa też jednak styraks. To on odpowiada za zaanonsowane wcześniej balsamiczne akcenty. Wnosi też do kompozycji więcej słodyczy, przełamując jej surowy i wytrawny charakter. Chciałbym też zauważyć, że na tym etapie Patchouli 24 kojarzyć się może nieco z wonią, jaką czujemy od starych książek. Co niewątpliwie jest intrygującym zabiegiem i dodatkowo pogłębia olfaktoryczne spektrum stworzonego przez Annick Ménardo pachnidła. Którego baza zdominowana jest przez słodkawy (ale nie słodki), aromat wanilii. Dzięki czemu zapach nabiera więcej zmysłowości. Nadal zachowuje jednak swój pierwotny charakter, do czego przyczyniają się powracające skórzane niuanse. Dodatkowo, wyczuwam tu również coś zwierzęcego (może piżmo a może kastoremum?) oraz ziemistego. A wszystko to owinięte zostało w piękny dymny woal.   

     Zobaczmy teraz jak recenzowane dziś perfumy wypadają pod kątem parametrów użytkowych. Wcześniej wspomniałem już o ich intensywnym otwarciu. A jednak projekcja dzieła Le Labo wcale nie jest aż tak silna. Oceniłbym ją jako odrobinę ponad normę. Na sobie czuję  je natomiast dość wyraźnie. Trochę mniej w przestrzeni wokoło. Co, biorąc pod uwagę trudny charakter zapachu, może być nawet zaletą. Jeśli zaś chodzi o trwałość kompozycji,  to wynosi ona mniej więcej 9-10 godzin. Co jest wynikiem zadowalającym, jeśli wziąć pod uwagę, że nasz dzisiejszy bohater występuje pod postacią wody perfumowanej.    

     A jak prezentuje się flakon dzieła Le Labo? Przede wszystkim, łatwo zauważyć, iż mamy tu do czynienia ze wzorem typowym dla nowojorskiej marki. Tak wiec, walcowata buteleczka wykonana jest z przeźroczystego szkła, a jej górna część układa się w kształt kopuły. Na białej etykiecie znaleźć zaś można całkiem sporo informacji. Oprócz nazwy zapachu i jego marki (choć ta akurat jest dość dyskretna) oraz koncentracji, dowiadujemy się z niej również o pojemności flakonu, dacie ważności perfum, miejscu ich rozlania oraz osobie, której są dedykowane. Sam wzór został zaś uzupełniony o srebrną, cylindryczną zatyczkę, zaś przez bezbarwne szkło flakonu dotrzeć możemy zamkniętą w nim bladożółtą ciecz.  

     Podsumowanie dzisiejszej recenzji zacznę może od uwagi, iż Patchouli 24 często porównywane są do dwóch innych perfum autorstwa Annick Ménardo. Bois d’Arménie od Guerlain oraz Bvlgari - Black. Przy czym w przypadku tych pierwszych natrafiłem nawet na określenie naszego dzisiejszego bohatera jako ich złego bliźniaka. I rzeczywiście, obie kompozycje współdzielą pewne elementy, zwłaszcza jeśli chodzi o akord zbudowany na nutach styraksu i wanilii. Dzieło Le Labo jest jednak mroczniejsze. A także mniej gourmand, choć za sprawą wyraźnego aromatu wspomnianej wanilii, nie unika całkowicie wkroczenie na to terytorium. Co ważne recenzowany zapach zachowuje jednak dużą oryginalność. Nie mogę powiedzieć, żebym do tej pory zetknął się z podobnym pachnidłem. A po ponad 9 latach prowadzenia bloga, to już zdecydowanie coś. Ale tak naprawdę, Patchouli 24 podobają mi się jako całość. To perfumy żywe, o wyraźnej dymno-skórzanej dominancie. Silnie uzależniające. Jeśli jesteście miłośnikami tego typu zapachów, to zdecydowanie musicie je poznać!

Patchouli 24
Główne nuty: Brzoza, Paczula.
Autor: Annick Ménardo.
Rok produkcji: 2006.
Moja opinia: Gorąco polecam! (7/7)