Polo Sport – Arnie i Sly na siłowni
Nie tak dawno temu, w ramach cyklu Sylwetki twórców, na blogu pojawił się wpis dedykowany Harry’emu Frémont’owi. Pomyślałem więc, że warto by również znów sięgnąć po któreś ze stworzonych przez niego perfum. A że dawno już nie recenzowałem żadnego zapachu w sportowym klimacie, to mój wybór padł na Polo Sport z oferty marki Ralph Lauren. Kompozycja ta powstała w 1994, a więc jest już dość wiekowa. Jednocześnie, przedstawia się ją jako czystą i świeżą. Co może nie brzmi jakoś szczególnie oryginalnie, jednak zmieszane we właściwy sposób potrafi dać niezwykłe poczucie komfortu. Przekonajmy się jednak czy w przypadku naszego dzisiejszego bohatera mamy do czynienia z takim właśnie majstersztykiem.
Zacznę może od tego, że Polo Sport to rzeczywiście perfumy o silnie sportowym charakterze. A do tego wyraźnie retro. Klimat lat 90’ XX wieku jest w nich obecny od samego początku. Zaś w głowie kompozycji zbudowany został przede wszystkim w oparciu o nuty owocowe oraz aldehydy. Wśród tych pierwszych łatwo natomiast wpaść na trop ananasa. Otwarcie zapachu jest bowiem zauważalnie słodkawe, do czego po części przyczynia się także tangerynka. Więcej rześkości nadaje mu z kolei cytryna. Jak również wspomniane już aldehydy, dzięki którym dzieło Ralph Lauren unosi się w przestrzeni wokół nas. W świeży klimat zapachu wpisują się też jednak nieco słodkie, a nieco wytrawne aromaty mięty i lawendy. Dzięki którym recenzowane pachnidło nabiera odrobiny zieleni. Choć spotkałem się też z opiniami, że całościowo Polo Sport to bardzie perfumy niebieskie niż zielone. Czy zatem odnajdziemy w nich morskie akcenty?
Choć w oficjalnym spisie nut te morskie się nie pojawiają, to jednak nie można mieć wątpliwości, że opisywana dziś kompozycja zahacza o takie klimaty. Głównie za sprawą tego, że do budowy jej serca wykorzystano aromat glonów. Który w połączeniu z obecnymi w głowie aldehydami nadają całości bardziej oceanicznego wydźwięki. Poza tym zapach cały czas pozostaje wyraźnie świeży. Ale teraz za wrażenie to odpowiada także imbir. Dzięki czemu kompozycja nabiera więcej pikanterii. Pewne wodne niuanse to jednak również zasługa cyklamenu. Któremu towarzyszą jeszcze inne nuty kwiatowe, a konkretnie jaśmin, i róża. A także ostrzejszy, ziołowo-cytrusowy aromat geranium. Tonowany nieco poprzez obecność palisandra. Natomiast końcówka dzieła Ralph’a Lauren’a jest już wyraźniej drzewna. A pojawiają się w niej cedr, sandałowiec i gwajakowiec. Przez co baza jest zauważalnie wytrawniejsza niż poprzednie fazy Polo Sport. Sporo w niej również piżma, które podtrzymuj czysty charakter kompozycji. Aby odrobinę ocieplić stworzone przez siebie pachnidło Harry Frémont sięgnął zaś po ambrę. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby końcówka zapachu jakoś zdecydowanie odbiegała aromatem od jego poprzednich etapów.
To teraz poświęćmy chwilę uwagi parametrom użytkowym Polo Sport. Zacznę standardowo od projekcji. I jeśli o nią chodzi, to powiedziałbym, że zapach plasuje się w granicach obowiązującej obecnie normy. Co może oznaczać, że w latach 90’ XX wieku był w dolnej części skali. Nie jest jednak tak, że zupełnie go na sobie nie czuję. Budowane przez niego poczucie świeżości towarzyszy mi przez większość czasu. A konkretnie przez 7-8 godzin od aplikacji. Przez co uznaję trwałość tej kompozycji za dobrą. Tym bardziej, że występuje ona pod postacią wody toaletowej.
Powyżej wspomniałem, że opisywane dziś pachnidło określane jest jako niebieskie. I taki też kolor ma jego flakon. Jasnogranatowe szkło prezentuje się tu bardzo dobrze, szczególnie w połączeniu z białą czcionką, która wypisano nazwę i markę zapachu. Do tego moja uwagę zwrócił również inny detal. A konkretnie amerykańska flaga (Union Jack), w której zamiast gwiazdek umieszczono inicjały Ralph’a Lauren’a. Powiem szczerze, że podoba mi się ten zabieg. Całość wykończona została zaś przy pomocy walcowatej srebrnej zatyczki z nieznacznie szerszą górną częścią. Dodaje ono wzorowi charakteru i podkreśla sportowy charakter zamkniętego we flakonie pachnidła.
Podsumowanie dzisiejszej recenzji zacznę może od tego, że nie jestem miłośnikiem perfum sportowych. I Polo Sport raczej tego nie zmienią. Co nie oznacza bynajmniej, że mamy tu do czynienia z zapachem słabym. Przeciwnie, moim zdaniem dzieło Harry’ego Frémont’a wyraźnie wyróżnia się na tle innych przedstawicieli tej grupy. Mimo, iż przez większość czasu zauważalnie rześkie i świeże, jest też jednak złożone. Widać w nim ewolucję. Do tego klimat, który przywołuje może wywoływać pewną nostalgię. To taka siłownia w latach 90’ XX wieku. I choć pewnie nie u każdego wywoła to pozytywne skojarzenia, to myślę, że są i tacy, którym zakręci się łezka w oku. Wracając jednak do samego zapachu, to chciałbym jeszcze zauważyć, że jest on również wyraźnie męski. A może nawet trochę samczy. Kipi testosteronem. Co również jest typowe dla lat 90’ z gwiazdami takimi jak Arnold Schwarzenegger, Sylvester Stallone czy Jean-Claude Van Damme zapełniającymi kinowe sale. Może jednak sami pokusicie się o oceną?
Polo Sport
Główne nuty: Zioła, Aldehydy.
Autor: Harry Frémont.
Rok produkcji: 1994.
Moja opinia: Warto poznać. (5/7)
