Ashaar Pour Homme – ubogi poeta
Ponieważ moda na perfumy arabskie trwa w najlepsze, zdecydowałem, że warto znów zrecenzować jakąś kompozycję rodem z Bliskiego Wschodu. Mój wybór padł zaś na Ashaar Pour Homme od Rasasi. Przy czym od razu jedna uwaga. Niniejszy wpis poświęcony jest wersji z 2019 roku, która znacząco różni się od tej z 2012, o której przeczytać możecie choćby na Perfumomanii. Samo to pachnidło przedstawiane jest zaś jako redefiniujące elegancję oraz przydające jej odrobinę tajemnicy. Co brzmi wystarczająco intrygująco, by przekonać mnie do testów. A jaki był ich wynik? Tego dowiecie się z dalszej części niniejszego wpisu.
Sam początek zapachu nie do końca mnie do siebie przekonał. Jest ostry i jakby chemiczny. Dopiero po dłuższej chwili tonuje się i zaczyna układać na skórze. I dopiero wtedy da się lepiej wyczuć budującego go elementy. Wśród których prym wiodą przyprawy. Ja zaś najwyraźniej czuję kardamon. Chłodny, jakby zielony, ale nie pozbawiony pikanterii. Choć ten ostatni efekt bez wątpienia powiązany jest również z obecnością cynamonu. Którego aromat niesie ze sobą więcej słodyczy. A także ładunek ciepła. Przez co pod względem temperatury głowa Ashaar Pour Homme jest dość dobrze zbalansowana. Natomiast nieco więcej rześkości przydaje jej bergamotka. Bardzo szybko można też zdać sobie sprawę z obecności nut drzewnych, które silniej do głosu dojdą jednak dopiero w sercu kompozycji.
Jeśli chodzi o środkową fazę opisywanego zapachu, to oficjalnie pojawia się w niej tylko jedna nuta. A jest nią drewno cedrowe. I faktycznie, to co najwyraźniej czuć na tym etapie dzieła Rasasi, to właśnie jego aromat. Choć moim zdaniem nie jest on u przedstawiony typowo klasycznie. Owszem, jest świeży, z zauważalnymi zielonymi akcentami, ale nie aż tak silnie wytrawny jak się spodziewałem. Nie wkraczamy tu do usłanej drzewnymi wiórkami drewutni. Zamiast tego, więcej jest słodyczy. Tak, jakby chciano podkreślić żywiczną stronę cedru. Efekt jest jednak taki, że całość wydaje mi się przez to trochę niewyraźna. Brakuje jej pazura. Czegoś, na czym mógłbym na dłużej zawiesić oko (albo nos). W zasadzie, serce Ashaar wydało mi się po prostu nudne. Na szczęście, w miarę jak zbliżamy się do bazy zapachu, znów zaczyna się w nim dziać trochę więcej. Na pierwszy plan wysuwa się zaś nuta oudu. Gdzieś w Internecie przeczytałem nawet, że nasz dzisiejszy bohater to odpowiedź Rasasi na sukces Oud Wood Tom’a Ford’a. Byłbym jednak ostrożny z tak odważnymi stwierdzeniami. Między innymi dlatego, że drewno agarowe, które tu odnajdziemy nie jest wcale aż tak aromatyczne. Brakuje mu zarówno goryczy jak i dymnego oblicza. Rozumiem, że do złagodzenia jego surowego oblicza sięgnięto po słodszy, balsamiczny styraks, jednak końcowy rezultat wydaje mi się przez to jakby rozmyty. Niby sytuację ratować ma jeszcze mech dębowy, ale według mnie pozostaje on bez większego wpływu na charakter kompozycji. Całość zaczyna natomiast opływać w zauważalnie syntetyczne piżmo.
Przejdźmy teraz do przedstawienia parametrów użytkowych Ashaar Pour Homme. A te, moim zdaniem, prezentują się dość przeciętnie, zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z pachnidłem o klasycznie bliskowschodnim rodowodzie. A mimo to jego projekcja jest raczej słaba. Podczas testów, momentami musiałem wręcz szukać tych perfum na skórze. Co trochę mnie zaskoczyło. Jeśli natomiast chodzi o ich trwałość, to tu nie jest źle, choć powodów do euforii również nie ma. Dzieło Rasasi znika z ciała mniej więcej po upływie 6-8 godzin od aplikacji. Zaznaczę przy tym jednak, że występuje ono pod postacią eau de parfum.
Flakon recenzowanych dziś perfum zrobił na mnie raczej pozytywne wrażenie. Lubię czerń, a to właśnie tym kolorem pokryta jest większa część buteleczki. Sparowano ją zaś z bielą, przez co zbudowano nie tylko wrażenie kontrastu, ale i dynamiki. Do tego, lewą górną część frontowej ścianki zdobi abstrakcyjny wzorek, który kojarzy mi się trochę z płomieniami, a trochę z futrem. Choć żadna z tych wizji nie pasuje do charakteru zamkniętego wewnątrz flakonu zapachu. Ciekawostką jest zaś to, że główną część nazwy prezentowanego pachnidła wypisano w alfabetem arabskim, ale już dopisek Pour Homme łacińskim. U podstawy znajdziemy zaś jeszcze oznaczenie producenta (po arabsku). Natomiast osadzony na srebrnym cokole atomizer ukryty został pod czarną zatyczką o srebrnym wierzchu.
Jeśli chodzi o podsumowanie dzisiejszej recenzji, to chciałbym w nim zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, choć Ashaar Pour Homme nie są może perfumami złymi, to jednak mi wydały się dość nudne. Brakuje im wyrazu. To nie jest ten bogaty, pełen przepychu Orient, który lubię. Na tle niektórych zapachów Amouage czy nawet Montale nasz dzisiejszy bohater może wręcz sprawiać wrażenie biednego krewnego. Po drugie, słowo ashaar oznacza w języku arabskim poezję (lub wersy, strofy). W dziele Rasasi nie odnajduję jednak niż poetyckiego. Ani tym bardziej wzniosłego. Kompozycja jest raczej prosta i bazuje na tym, co znane. Dodatkowo, raz po raz potrafi też podrażnić nasze nozdrza swoim nie do końca naturalnym aromatem. Mimo to, wiem, że ma też jednak swoich zagorzałych miłośników. A czy ktoś z Was miał styczność z tymi perfumami i chciałby podzielić się opinią?
Ashaar Pour Homme
Główna nuta: Przyprawy, Nuty Drzewne.
Autor: brak danych.
Rok produkcji: 2019.
Moja opinia: Może być. (4/7)
