Bois Pacifique – drzewo spokoju
Ostatnio przechadzając się po jednej z sieciowych perfumerii w Galerii Bałtyckiej, na półce z zapachami Tom’a Ford’a zauważyłem Bois Pacifique. A więc perfumy, których mająca miejsce w 2024 roku premiera całkowicie umknęła mojej uwadze. Postanowiłem zatem poznać je lepiej i przygotować recenzję. Tym bardziej, że od dłuższego czasu żadne pachnidło amerykańskiego kreatora mody nie trafiło na Agar i Piżmo. Dodatkowo, moje zainteresowanie wzbudził również fakt, iż przedstawiana dziś kompozycja nie należy do kolekcji Private Blend, a tańszej, ale i mniej licznej linii Signature. Sam zapach ma natomiast za zadanie oddawać uczucie nieskończonej wolności i witalności. Zobaczmy zatem z jakich nut korzysta w tym celu.
Jak wskazuje ich nazwa, Bois Pacifique są perfumami zauważalnie drzewnymi. Choć sam ich początek zdominowany jest przez przyprawowy aromat kardamonu. Z początku świeży i kręcący w nosie, z czasem przybiera on cieplejsze tony. Jest w nim jednak coś subtelnego. Tak jak i w całym dziele Tom’a Ford’a. I to mimo, iż w głowie kompozycji pojawia się jeszcze pikantniejsza woń kurkumy. Jednocześnie, jak już wspomniałem, szybko wyczuć możemy przewodni motyw drzewny. Który w pierwszej fazie recenzowanego zapachu oparty został na bardzo ostatnio popularnej aromamolekule Akigalawood®. Która łączy w sobie elementy paczulowe z cedrowymi. Wprowadzając tym samym do Bois Pacifique zarówno więcej świeżości, jak i podkreślając jego męski charakter. Co istotne nie postrzegam jednak otwarcia tych perfum jako ciężkiego. Ale jasnym również bym go nie nazwał. Według mnie plasuje się gdzieś pośrodku skali.
W miarę jak mijają kolejne minuty od aplikacji dzieła Tom’a Ford’a na skórę, całość staje się bardziej dymna. Na pierwszy plan na chwilę wysuwa się kadzidło frankońskie. I czuć je tu całkiem wyraźnie. Przybiera ono silnie drzewny (lub jak lubię to określać cerkiewny) charakter, nadając kompozycji trochę więcej głębi. Z tym, że mimo pojawienia się nowych składników, takich jak choćby irys, ogólny klimat zapachu zanadto się nie zmienia. A szkoda, z tym składnikiem można bowiem zrobić wiele ciekawych rzeczy. Jednak autorowi (lub autorom) Bois Pacifique chyba zabrakło trochę pomysłu. Pewne słodsze akcenty wprowadzone zostały natomiast za sprawą szafranu. Który stanowi zarazem nawiązanie do obecnego w głowie wątku przyprawowego. Natomiast im dalej w las, tym więcej drzew. Dosłownie. Baza recenzowanych perfum obfituje bowiem w drzewne aromaty. Oprócz zasygnalizowanego już za sprawą Akigalawood cedru, pojawiają się w niej również dąb i sandałowiec. Niestety, na tym etapie całość traci sporo ze swojej naturalności. Do czego być może przyczynia się trochę syntetyczny akord ambrowy. Słodsze akcenty to z kolei zasługa wanilii, która - podobnie jak poprzednio szafran - nie pozwala kompozycji na zbytni przechył w wytrwaną stronę. Nadając jej przez to bardziej przystępnego charakteru, choć tym samym nieco ją banalizując.
Wspomniałem już, że w aromacie Bois Pacifique jest coś subtelnego. Przyjrzyjmy się jednak bliżej parametrom użytkowym tych perfum. W pierwszej kolejności ich mocy. A ta nie jest moim zdaniem znacząca. Zapach projektuje dość delikatnie. No może poza pierwszym pół godziny po aplikacji, kiedy to nieco wyraźniej czuję go na sobie. Kompozycja posiada natomiast niezłą trwałość, plasującą się w przedziale 8-9 godzin od naniesienia na skórę. Tak przynajmniej było w moim wypadku.
To jeszcze parę słów o flakonie, w którym dystrybuowany jest nasz dzisiejszy bohater. Przeźroczysta buteleczka ma kształt walca i pokryta jest charakterystycznym dla większości perfum z linii Signature karbowaniem. Które, oprócz aspektu wizualnego, zmniejsza również prawdopodobieństwo wyślizgnięcia się flakonu z ręki. Wzorowi brak natomiast nadmiernych zdobień. Na froncie buteleczki odnajdziemy jedynie bardzo prostą, jasnobrązową tabliczkę z wytłoczoną w niej nazwą oraz marką zapachu. Tej samej barwy jest też cylindryczna (i również karbowana) zatyczka skrywająca atomizer. Przez przeźroczyste szkło flakonu dostrzec natomiast możemy zamknięta w jego wnętrzu złocistą ciecz.
Według mnie Bois Pacifique to przyzwoite, ale niczym się nie wyróżniające perfumy drzewne. Nie tylko w tej kategorii, ale nawet w ofercie Tom’a Ford’a znaleźć można ciekawsze pozycje. Nasz dzisiejszy bohater nie wybija się nawet na tle kolekcji Signature. Co jednak wcale nie znaczy, że mamy tu do czynienia z pachnidłem na wskroś złym. Przeciwnie, daleki jestem od większej krytyki. Moim zdaniem całości po prostu brakuje trochę głębi oraz charakteru. Kompozycja jest prosta i nieco popowa. Ale i dość przystępna, a zarazem do pewnego stopnia elegancka. Bois Pacifique to również zapach raczej subtelny, co może uczynić go dobrym wyborem do biura. Perfumy te wydają mi się bezpieczne, nie budzą kontrowersji. Uważam jednak, że nieco silniejsze wyeksponowanie pewnych trudniejszych elementów mogłoby wbrew pozorom wyjść im na dobre. Uatrakcyjnić zapach i dodać mu pazura. A co Wy myślicie na ten temat?
Bois Pacifique
Główna nuta: Nuty Drzewne.
Autor: brak danych.
Rok produkcji: 2024.
Moja opinia: Może być. (4/7)