L’ Homme – Mastroianni na festiwalu w San Remo

Dawno już na blogu nie pojawiły się żadne perfumy powstałe w latach 80’s XX wieku. Zatem dziś cofniemy się do roku 1984. To właśnie wtedy Roger Pellegrino, autor między innymi Aramani – Eau Pour Homme i One Man Show Jacques’a Bogart’a, stworzył dla marki Versace L’Homme. Zapach, który w sumie możnaby już określić mianem klasyka. I który, mimo upływu czasu, nadal dostępny jest na rynku. Z tym, że jego popularność nie jest obecnie zbyt duża. W swoim czasie miał on jednak zagorzałych miłośników, co zawdzięcza między innymi swojej szorstkości. W założeniu pachnidło to miało bowiem odzwierciedlać właśnie tę stronę męskiej natury. Ale przy tym pokazywać także głębię posiadanych przez przedstawicieli brzydszej płci uczuć. Zobaczmy zatem jak to wyszło w praktyce.

     Już samo otwarcie recenzowanych perfum jasno wskazuje, że powstały one w latach 80’ ubiegłego stulecia. Jest intensywne i aromatyczne. Za sprawą petitgrain zauważalnie zielone. Sporo w nim też jednak woni cytrusów. A konkretnie cytryny i bergamotki. Dzięki nim L’Homme przybierają bardziej tradycyjnego, kolońskiego charakteru. Do subtelności klasycznych wód kolońskich zapachowi jednak daleko, bowiem jego, i tak już wyraziste, otwarcie podkręcono jeszcze przy pomocy bazylii. Co do zasady, głowa kompozycji posiada więc retro charakter, może też kojarzyć się z innymi słynnymi pachnidłami powstałymi w latach 70’ i 80’ XX wieku, jak choćby Azzaro Pour Homme, z którym współdzieli pewne olfaktoryczne wrażenia.

     To, co wyróżnia prezentowane dziś pachnidło na tle innych perfum z tamtych czasów, to moim zdaniem silniejsze zaakcentowanie obecnej w jego sercu nuty goździka. Łączy on w sobie elementy kwiatowe z nieco bardziej pikantnymi, przez co dzieło Versace zyskuje nowy wymiar. Przy czym wątek przyprawowy został jeszcze podbudowany przy pomocy cynamonu, dzięki któremu temperatura zapachu rośnie. Środkowa faza kompozycji nie jest jednak przyprawowa, a drzewna. Paczula z jednej strony wpisuje się w ostrzejszy wątek L’Homme, z drugiej natomiast otwiera furtkę, przez którą Roger Pellegrino wprowadził do swojego pachnidła cedr i drewno sandałowe. A choć są to składniki o zdecydowanie odmiennych obliczach, to w opisywanych perfumach wspólnie tworzą wątek drzewny. Wcześniej nie wspomniałem, że już od samego początku nasz dzisiejszy bohater posiada wyraźnie wytrawny, powiedziałbym nawet, że gorzki aromat, zaś w jego sercu jest to już zupełnie ewidentne. Natomiast w bazie całość podtrzymuje swój klimat. Mech dębowy niesie ze sobą zarówno ładunek zieleni jak i czegoś leśnego. Z kolei labdanum odpowiada za wrażenie kauczukowej żywiczności, połączonej jeszcze z czymś skórzanym. Przy czym sama nuta skóry również jest tu obecna. Towarzyszy jej natomiast wanilia, która nieco wygładza ostre krawędzie kompozycji, nadając jej więcej słodyczy i zmysłowości. Całość pozostaje jednak bezsprzecznie męska.

     Już na wstępie wspomniałem, że L’Homme to perfumy zauważalnie intensywne. Przyjrzyjmy się jednak bliżej ich parametrom użytkowym. Przy czym pod kątem projekcji, od razu czuć, że to zapach z przedostatniej dekady ubiegłego stulenia. Po angielsku kompozycje o tak dużej mocy określa się zazwyczaj mianem powerhouse (elektrownia) i przyznaję, że bardzo dobrze pasuje ono do naszego dzisiejszego bohatera. Jednak i trwałość zapachu jest bardzo dobra. A wynosi mniej więcej 9-11 godzin od aplikacji. Zaznaczę jeszcze przy tym, że dzieło Versace występuje pod postacią wody toaletowej.

     Jeśli chodzi o flakon recenzowanych dziś perfum, to na pierwszy rzut oka skojarzył mi się on trochę z tym należącym do Joop! Homme. Dopiero, gdy przyjrzałem mu się dokładniej zauważyłem spore różnice. To, co pierwotnie wziąłem za zatyczkę, jest bowiem atomizerem. Czarnym i plastikowym. Do tego w górnych częściach bocznych ścianek widać delikatne rzeźbienia, które swoim kształtem przypominają liście lub pióra. Natomiast wnętrze buteleczki wypełnia jasnozielone ciecz. Flakon nie ma za to etykiety, a nazwa zapachu, jego marka oraz koncentracja wypisane są bezpośrednio na szkle. Pierwsze dwie nieco wyżej, ostatnia u podstawy. Całość prezentuje się całkiem przyzwoicie, ma w sobie również coś eleganckiego.  

     Moim zdaniem L’Homme to perfumy, które swoją stylistyką bardzo dobrze wpisują się w panujące w latach 80’ XX wieku trendy. Kojarzą mi się z kilkoma innymi pachnidłami z tamtych czasów. Mają bowiem w sobie to charakterystyczne połączenie cytrusów, przypraw i nut drzewnych, które definiowało okres ich powstania. Zapach emanuje również męskością. Jest świeży i wyraźnie wytrawny. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że niemal samczy. Mimo wspomnianej już obecności goździka w sercu, brakuje mu jednak czegoś, co pozwoliłoby mu silniej utkwić w mojej pamięci. Zapamiętać, że to, co czuję, to właśnie Vercace - L’Homme. Nie zrozumcie mnie źle. Dzieło Rogera Pellegrino to bardzo solidne pachnidło, zbyt mocno wpasowuje się jednak w stylistykę lat 80’. Pod tym względem jest w pewnym sensie kompromisowe. Nie próbuje zaskakiwać, podąża natomiast za modą. Robi to jednak na tyle udanie, że moja końcowa ocena jest raczej pozytywna.  

L’Homme
Główne nuty: Cytrusy, Przyprawy, Nuty Drzewne.
Autor: Roger Pellegrino.
Rok produkcji: 1984.
Moja opinia:  Warto poznać. (5/7)