Greyland - w krainie szarości

     Choć marka Montale słynie z produkcji wód perfumowanych zbudowanych w oparciu o dominującą nutę drewna agarowego (wystarczy wspomnieć chociażby rewelacyjne Black Aoud i Honey Aoud) to jednak jej kompozycje nie zawierające oudu również stoją na bardzo wysokim poziomie, czego doskonałym przykładem jest Greyland. Zapach ten znacząco odbiega od przyjętej przez markę strategii promowania ciężkich, orientalnych pachnideł i zdecydowanie wyróżnia się w portfolio Montale. W Greyland nie znajdziemy bogatych, kwiatowych akordów, nie ma w nim też słodkawych i duszących nut arabskich kadzidełek, jest za to szarość spopielonych drzew. I to jaka szarość!

     Zapach rozpoczyna się intensywną i kręcącą w nosie wonią czarnego pieprzu zmieszanego ze sproszkowanymi: kuminem oraz imbirem a także kardamonem, choć ten ostatni nie jest tutaj przeze mnie zbyt wyraźnie wyczuwany. Od tak silnie przyprawowego otwarcia może zakręcić się w głowie. Ta faza Greyland budzi we mnie skojarzenia z jakąś opustoszałą fabryką lub hutą, której podłogi pokrywają zwały kurzu a w powietrzu wciąż unosi się nikła woń wytapianych metali oraz potu pracujących tu robotników. Obraz ten nie jest jednak zbyt długotrwały i już po krótkim czasie zapach przenosi nas w zupełnie inne rejony. Suchy i pylisty charakter tych perfum zmienia się wyraźnie, gdy do głosu zaczynają dochodzić nuty drzewne. Ostry aromat wiórków z drzewa cedrowego przełamany został dodatkiem ciepłych akordów zbudowanych ma bazie sandałowca i żywicy elemi. Pojawia się też wetyweria. Pomimo to Greyland wciąż wydaje się być dość ponury w odbiorze, roztaczając wokół nosiciela  jesienną aurę.

      Wrażenie jesiennej melancholii potęguje jeszcze baza tych perfum, w której główne role odgrywają skóra i piżmo. Wciąż obecny jest też tak wyraźny w początkowej fazie zapachu pieprz, choć jego natężenie nie jest już tak znaczące.  Na tym etapie Greyland nasuwa mi skojarzenia z zeschłymi liśćmi palonymi w ogrodzie lub gdzieś na polu w pochmurny, listopadowy dzień. Zapach jest dobrze zrównoważony a żaden z obecnych w bazie akordów nie dominuje całej kompozycji. Całość staje się zaś nieznacznie słodsza i cieplejsza, zaś przyprawowe akcenty imbiru i kminu są już praktycznie niewyczuwalne. Finalnie efekt działania tych perfum jest taki, że przeniesieni zostajemy do świata, w którym wszystko jest szare, ale nie jednolicie. Obraz zmienia się i wibruje przechodząc od zakurzonej, przyprawowej głowy poprzez dymne, drzewne serce aż do wyjątkowej, ciepłej i aromatycznej bazy.

     Jak niemal każda kompozycja Montale tak również Greyland cechuje się świetnymi parametrami użytkowymi. Po upływie 3-4 godzin wciąż bardzo wyraźnie wyczuwam go w powietrzu wokół siebie, co świadczy o niezwykle wręcz silnej projekcji. Na moim ciele utrzymuje się on natomiast nawet przez pół doby. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż zaaplikowany w większej ilości pozostawia na skórze lekko tłuste ślady, co świadczy o wysokiej jakości składników użytych w procesie produkcji tych perfum.

      Z zapachem tym świetnie koresponduje także flakon, w którym jest on dystrybuowany. Aluminiowy walcowaty pojemnik w czarnym kolorze  ma za zadanie nie tylko chronić zawartą w nim miksturę, ale również wskazywać na jej mroczny charakter. Spojrzenie przyciąga także fikuśny klips z zawieszką z logo Montale.

     W Greyland Montale zabiera nas w podróż poprzez skalę odcieni szarości, jednak szarość w wydaniu Pierre’a Montale znacząco różni się od tej, którą napotkamy w innych perfumach z tą barwą w nazwie. Nie widzimy tutaj porośniętych lawendą pól jak w Gris Clair Serge’a Lutens’a, nie jest to też w żadnym wypadku współczesna wariacja na temat wetywerii jak w Grey Vetiver Tom’a Ford’a (choć ten składnik także pojawia się w omawianym zapachu). A już na pewno nie ma tu ani krzty retro-elegancji reprezentowanej przez Grey Flannel Geoffrey’a Beene’a. Niemniej mam wrażenie, że kiedyś już wąchałem coś podobnego i że chyba było to dzieło innej specjalizującej się w orientalnych kompozycjach marki - Al Haramain. Pomimo to, uważam Greyland za zapach zdecydowanie wart poznania, doskonały na ponure jesienne dni, które właśnie przed nami. Dziwi mnie jedynie jego oznaczenia jako uniseks. Według mnie ma on zdecydowany przechył w męska stronę, zresztą przekonajcie się sami. 

Greyland
Główne nuty: Przyprawy.
Autor: Pierre Montale.
Rok produkcji: 2008.
Moja opinia: Polecam.