Labdanum 18 – ciężar kontrolowany

Maurice Roucel zdecydowanie zalicza się do moich ulubionych perfumiarzy. Jednak decydując się na zamówienie próbki Labdanum 18 nie miałem pojęcia, że to on jest autorem tego zapachu. Na testy zdecydowałem się raczej ze względu na znalezione w Internecie pozytywne komentarze na temat dzieła Le Labo. Zaintrygował mnie jednak również opis na oficjalnej stronie amerykańskiej marki. Wskazuje on bowiem, że kompozycja ta stoi w sprzeczności do podstawowych praw perfumerii. Że, biorąc pod uwagę wykorzystane do jej budowy nuty, powinna być prawdziwą olfaktoryczną bombą, tymczasem jest raczej zmysłowym szeptem. Jeśli taka prezentacja działa również na Waszą wyobraźnię, to zapraszam do zapoznania się z pełną recenzją Labdanum 18!    

     Zacznę może od tego, że w prezentowanych dziś perfumach tytułowe labdanum obecne jest od samego początku. Wyraźnie czuć tu jego charakterystyczny, żywiczny, lekko kauczukowy, a przy tym wytrawny aromat. Co jest o tyle ciekawe, że zazwyczaj nuta ta pojawia się w bazie, a nie głowie kompozycji. Choć tu oczywiście nie znika wraz z pierwszą fazą zapachu. Jednocześnie, w otwarciu dzieła Le Labo znajdziemy jeszcze jeden składnik, który również rzadko występuje już na tak wczesnym etapie perfum. A jest nim piżmo. Bardzo czyste, białe, syntetyczne (ale nie w złym tego słowa znaczeniu). Sięgnięcie po tę nutę jest o tyle intrygujące, że w połączeniu z labdanum sprawia ona, że odbieram Labdanum 18 lekko pudrowy. A nawet lakierowy. Woń stworzonego przez  Maurice’a Roucel’a pachnidła momentami naprawdę kojarzy mi się ze świeżo polakierowanym drewnem. I znów, nie jest to zarzut. Dodatkowo, w głowie zapachu odnaleźć też możemy odrobinę cytrusów oraz szczyptę gałki muszkatołowej, która wskazuje na silniej przyprawowy charakter serca recenzowanych perfum.

     O ile początek kompozycji wydawał się raczej czysty i elegancki, to już jej kolejna faza ma nieco odmienny charakter. Więcej w niej bowiem ostrzejszych aromatów. Takich jak choćby cywet czy kastoreum. A także smoła brzozowa. Można by się zatem spodziewać, że dzieło Le Labo nabiera ciężaru. Tak się jednak nie dzieje. Oczywiście, nie można nazwać Labdanum 18 perfumami lekkimi i zwiewnymi, ich aromat nie ciąży jednak na skórze. Stopniowo staje się natomiast bardziej zmysłowy, w czym pomaga mu również obecna w sercu wanilia. Za sprawą której całość nabiera też więcej słodyczy. Trwa ona również w bazie zapachu, i to mimo, iż odnajdziemy w niej ostrzejszą woń paczuli. Balans zbudowany został jednak przy pomocy bobu tonka. W końcówce pojawia się też jeszcze trochę nut żywicznych, takich jak balsam gurjan czy benzoes. Znów nieco mocniej czuć także przyprawy, wśród których teraz na pierwszy plan wybija się cynamon.

     Spójrzmy teraz na to, jak prezentują się parametry użytkowe Labdanum 18. Wspomniałem już, że aromat tych perfum nie ciąży na skórze. Nie jest też jednak tak, że silnie projektuje w przestrzeń na około. Osobiście, określiłbym moc zapachu jako umiarkowaną. Jego aromat jest wyczuwalny, ale nie inwazyjny. A jak prezentuje się trwałość kompozycji? Według mnie całkiem dobrze, stworzone przez Maurice’a Roucel’a pachnidło znika bowiem z naszego ciała dopiero po upływie 9-10 godzin od aplikacji. Trzeba nam jednak pamiętać, że mamy tu do czynienia z wodą perfumowaną, a nie toaletową.

     Zanim przedstawię wnioski z dzisiejszej recenzji, jeszcze krótko o flakonie opisywanego zapachu. A mamy tu oczywiście do czynienia ze wzorem typowym dla wszystkich perfum amerykańskiej marki. Tak zatem, buteleczka wykonana jest z przeźroczystego szkła i ma kształt walca, który ku górze zwęża się w kopułę. Na której szczycie umieszczony został, przykryty srebrną, cylindryczną zatyczką, atomizer. Z kolei na białej, zdobiącej front butelki, etykiecie znaleźć możemy między innymi informacje o nazwie kompozycji, jej marce i stężeniu, pojemności flakonu oraz o czasie, przez jaki dzieło Le Labo zachowuje swój aromat. Całość wygląda dobrze i rzeczywiście ma w sobie coś laboratoryjnego.  

     Podsumowanie dzisiejszej recenzji chciałbym zacząć od odniesienia się do tezy ze wstępu. Wydaje mi się, że włodarze Le Labo mieli rację. Choć Labdanum 18 posiadają potencjał by być prawdziwym killerem (wystarczy spojrzeć na spis nut), to w rzeczywistości perfumy te okazały się zdecydowanie subtelniejsze niż się spodziewałem. Co prawda, nie nazwałbym ich też zmysłowym szeptem, nie mogę jednak zaprzeczyć, że zapach jest raczej cichy. Stonowany. A przy tym wyraźnie drzewno-żywiczny, z zaakcentowanymi wątkami przyprawowymi. Do tego posiada ciekawą ewolucję, a jego piramida nut wymyka się klasycznym standardom. Co tylko dodaje całości intrygującego wydźwięku. A choć sam może niekoniecznie kupiłbym dzieło Le Labo, to jednak wydaje mi się, że zasługuje ono na pochwałę w postaci wysokiej oceny.

Labdanum 18
Główne nuty: Labdanum, Piżmo.
Autor: Maurice Roucel.
Rok produkcji: 2006.
Moja opinia: Polecam. (6/7)