Bal d’Afrique – Afryka niezbyt dzika
W ostatnim czasie perfumy Byredo dość często goszczą na blogu. Zaś dziś na Agar i Piżmo trafiają Bal d’Afrique (fr. afrykański bal). Zapach ten powstał w 2009 roku a jego autorem jest, często współpracujący ze szwedzką marką, Jérôme Epinette. Choć nie wiem czemu, przystępując do testów byłem przekonany, że Alberto Morillas. Coś mi się pewnie musiało źle zakodować w głowie. Wracając natomiast do samej kompozycji, to ta, jak już się pewnie domyśliliście, inspirowana jest Afryką. A w szczególności wpływem jej kultury na taniec, sztukę i muzykę. Z chęcią zatem przekonam się jak dziedzictwo kontynentu uznawanego za kolebkę życia wpłynęło na aromat dzieła Byredo.
Początek zapachu jest lekki i przyjemny. Na myśl nasuwa mi się nawet określenie niezobowiązujący. Dominują w nim zaś nuty kwiatowe i cytrusowe. Z tych ostatnich najłatwiej zauważyć zaś bergamotkę. Której towarzyszy jeszcze czarna porzeczka. Przez co otwarcie recenzowanych perfum ma w sobie coś wyraźnie kwaskowego. Cytrusowa woń nie jest zwiewna, ale jakby gęsta. Co uznać można za całkiem ciekawy zabieg. Natomiast w głowie dzieła Byredo wątek kwiatowy zbudowany został w oparciu o aksamitkę wzniesioną (łac. Tagetes erecta). Nie wiem czy wąchaliście kiedyś nagietka, ale jeśli nie, to spieszę z wyjaśnieniem, że jego aromat jest słodki, zawiera jednak w sobie pewne gorzkawe, bardziej zielone akcenty. Które w Bal d’Afrique podkreślono jeszcze przy pomocy bukko, a więc krzewu, o którym wspominałem już przy okazji recenzji Azure Lime Tom’a Ford’a.
Niestety, głowa opisywanej kompozycji to zarazem jej najciekawsza część. Im więcej czasu mija od aplikacji stworzonego przez Jérôme’a Epinette’a pachnidła na skórę, tym bardziej staje się ono płaskie i syntetyczne. Co do zasady, jego serce przybiera zaś jeszcze bardziej kwiatowego wydźwięku. A pierwsze skrzypce gra w nim fiołek. Nie wyczuwam w nim jednak nic z jego charakterystycznej męskości. Nie ma też pudrowości, której wrażenie potrafi czasem zbudować. Jest za to drażniąca nozdrza woń kurzu. Zaś pojawiający się tuż obok jaśmin sprawia jedynie, że zapach staje się do bólu słodki. Powiedziałbym nawet, że ma w sobie coś kleistego. Nieprzyjemnie się go wącha. Całość próbuje ratować jeszcze cyklamen i przyznaję, że pewne świeższe, bardziej wodniste niuanse sprawiają, że dzieło Byredo trochę odżywa. Pozostaje jednak zauważalnie chemiczne, co dla mnie jest dość dużym problemem. Zwłaszcza, że zarówno w sercu jak i w bazie Bal d’Afrique tak naprawdę niewiele się dzieje. Na przykład zupełnie zaskoczyło mnie to, że na oficjalnej stronie szwedzkiej marki w spisie nut bazy wymieniona jest wetyweria. Zupełnie jej tu bowiem nie czuć, choć pasowałaby do afrykańskich inspiracji stojących za powstaniem tych perfum. W tej kwestii, dla porównania odsyłam Was do recenzji L’Artisan Parfumeur - Timbuktu. W końcówce skomponowanego przez Jérôme’a Epinette’a zapachu pojawiają się natomiast jeszcze cedr, piżmo i bób tonka. Wszystkie słodkie i bez wyrazu. A szkoda, bo potencjał był znacznie większy.
Sprawdźmy teraz jeszcze jak prezentują się parametry użytkowe dzieła Byredo. Zacznę od jego projekcji. A ta jest moim zdaniem przeciętna. Zapach przylepia się do skóry i tylko od czasu do czasu nieco wyraźniej się z niej podrywa. Da się go zauważyć, ale sam raczej nie przyciąga uwagi. Choć może to i lepiej. Cechuje się natomiast dobrą trwałością. Taką na poziomie 9-11 godzin od aplikacji na ciało. Pamiętajmy też jednak, że opisywana dziś kompozycja ma postać wody perfumowanej.
Wypadałoby też napisać choć kilka słów o flakonie recenzowanego pachnidła. Choć tu akurat za wiele do powiedzenia nie mam. Jest to bowiem typowy wzór stosowany przez szwedzką markę. A zatem niska, walcowata buteleczka wykonana jest z przeźroczystego szkła, a sporą jej część pokrywa biała etykieta. Na której, kontrastowo czarną czcionką, wypisane zostały nazwa zapachu, jego marka oraz koncentracja. Srebrny atomizer ukryty zaś został pod plastikową, czarną zatyczką o kopulastym kształcie. Ma ona wbudowany w podstawę magnes, dzięki czemu ryzyko, że flakon sam się otworzy, na przykład w walizce, zostało zminimalizowane. I choć cały wzór wydaje się dość prosty, to jednak moim zdaniem jest on też elegancki i przyjemny dla oka.
Niestety, Bal d’Afrique to perfumy, które zwyczajnie mnie rozczarowały. Zupełnie nie czuję w nich deklarowanego bogactwa afrykańskiej kultury. Ani jakiegokolwiek innego bogactwa. Zapach jest prosty, żeby nie powiedzieć banalny, i płaski. Jego ewolucja jest znikoma, a od całości wieje nudą. Jedynie jego głowa zdołała na dłużej zwrócić moją uwagę. No i może jeszcze ta odrobina cyklamenu w sercu. Poza tym jednak całość jest przesadnie słodka i syntetyczna. Poszczególne budujące tę kompozycję nuty są ze sobą ciasno posklejane i pozbawione przestrzeni, by się rozwinąć. Przez co dziełu Byredo brakuje głębi. Do tego dochodzi zaś jeszcze, dość łatwo wyczuwalny, brak naturalności. Przy czym im dłużej obcowałem z Bal d’Afrique tym bardziej chemiczny charakter tych perfum stawał się dla mnie ewidentny. Zresztą, początkowo planowałem ocenić je na Może być, zaś dopiero po dalszych testach obniżyłem mój rating. I choć nadal nie uważam tego zapachu za tragiczny, to jednak mam poczucie, że dużo rzeczy można w nim było zrobić lepiej.
Bal d’Afrique
Główne nuty: Nuty Drzewne, Kwiaty.
Autor: Jérôme Epinette.
Rok produkcji: 2009.
Moja opinia: Nie polecam. (3/7)
